[ X ]

Drogi Użytkowniku,

W związku z tym, że począwszy od dnia 25.05.2018 r. na terenie Polski obowiązują nowe przepisy regulujące kwestie ochrony Państwa danych osobowych, Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych), (dalej zwane RODO), Motor-Presse Polska sp. z o.o. z siedzibą we Wrocławiu (53-238) przy ul. Ostrowskiego 7, wpisana do rejestru przedsiębiorców Krajowego Rejestru Sądowego prowadzonego przez Sąd Rejonowy dla Wrocławia – Fabrycznej we Wrocławiu, VI Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego pod nr KRS: 0000151026, NIP: 8990026326, REGON: 930327847 o kapitale zakładowym w wysokości 2.860.000,00 złotych zachęcamy do zapoznania się ze zaktualizowaną treścią "Polityki prywatności" naszych Serwisów. Znajdują się w niej szczegółowe informacje na temat zasad przetwarzania danych osobowych na naszych stronach internetowych.

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu) z wykorzystaniem domyślnych ustawień przeglądarki internetowej w zakresie prywatności, wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych przez Motor-Presse Polska Sp. z o. o oraz naszych Zaufanych Partnerów do celów marketingowych, w szczególności na potrzeby wyświetlania reklam dopasowanych do Twoich zainteresowań i preferencji. Pamiętaj, że wyrażenie zgody jest dobrowolne. Możesz też odmówić zgody lub ograniczyć jej zakres zmieniając ustawienia plików cookies w przeglądarce.

Kontynuuj przeglądanie

PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Miłość w czasach Tindera

Portale społecznościowe, portale randkowe, aplikacje randkowe – wszystko to zmienia sposób, w jaki poznajemy naszych partnerów. Niektórzy mówią, że pierwszą ofiarą technologii będzie romantyczna miłość. Naprawdę? Ej, chyba nie będzie tak źle.

fot. shutterstock

Pierwszy raz to zauważyłam, kiedy po zakończeniu mojego wieloletniego związku pojechałam na urodziny do koleżanki. „Rozerwiesz się – zachęcała. – Poznasz kogoś, co ci szkodzi”. No pewnie, co mi szkodziło, zwłaszcza że impreza odbywała się w modnym klubie w pewnym niedalekim europejskim mieście. Wystrojona, w swoim najlepszym wydaniu, pojechałam i się zachwyciłam. Świetny klub, świetna muzyka i przystojni, świetnie ubrani faceci. Byłam przekonana, że coś z tego będzie i tego wieczoru na pewno kogoś fajnego poznam. Usiadłam przy barze koło jednego takiego, który zwrócił moją uwagę, zamówiłam drinka i uśmiechnęłam się lekko. Facet odwzajemnił mój uśmiech, ale zaraz ponownie skupił się na trzymanym w ręku telefonie, wykonując charakterystyczny ruch kciukiem. No jasne, Tinder. Nie używałam go do tej pory (byłam w związku, wiecie), ale przecież wiem, o co chodzi.

Tego samego wieczoru spotkało mnie to kilka razy i zastanawiam się, czy sprawy potoczyłyby się inaczej, gdybym sobie wcześniej też zainstalowała tę aplikację. Wygląda na to, że w ich świecie, jeżeli ktoś nie jest na Tinderze, najwyraźniej nie jest zainteresowany randkowaniem. I być może (no chyba że się łudzę) oni właśnie tym kciukiem wyszukiwali mnie. A skoro nie znaleźli, to uznali, że nie szukam faceta i po co w ogóle zaczynać rozmowę?

Zobaczymy, z czym to się je

Po powrocie do domu postanowiłam zgłębić temat bliżej. Czym jest randkowanie w 2018 roku? Co zyskaliśmy, a co straciliśmy dzięki nowym technologiom? Nie mówcie nikomu, ale zainstalowałam sobie Tindera i postanowiłam zajrzeć do świata, w którym jeżeli tylko chcesz, masz chętnych do randkowania i seksu na wyciągnięcie ręki. To miał być taki eksperyment, ale gdzieś tam w głębi duszy pewnie miałam nadzieję, że a nuż kogoś poznam. Czy szukałam seksu? No, na pewno nie w pierwszej kolejności – śmiejcie się ze mnie, proszę bardzo, ale ja zawsze szukam przede wszystkim miłości. Bo wiecie, jeżeli chodzi o wiarę w miłość, zawsze byłam niepoprawną optymistką.

Po kilku miesiącach doświadczeń tinderowych coś jednak się chyba we mnie zmieniło. Tinder może zmienić w cynika nawet największą romantyczkę i nie mówię tu tylko o fotkach męskich genitaliów, które najwyraźniej zastąpiły listy miłosne. To, co uderzyło mnie najbardziej, to kompletnie nieudolne zaczepki oraz randki, na których myślałam, że umrę z zażenowania, wstydząc się i za tego gościa, i za siebie, że muszę być chyba naprawdę żałosna, spędzając wieczór w ten sposób. Oczywiście nie mówię o wszystkich spotkaniach, ale te akurat stanowiły wystarczająco duży procent, żebym zaniepokoiła się o przyszłość gatunku ludzkiego.

Ostatnio czytałam o badaniach przeprowadzonych przez aplikację Happn, z których wynika, że jedna trzecia jej użytkowników nie ma pojęcia o tym, czym jest flirt. Interesująca rozmowa, spojrzenie, czarowanie, wzbudzanie zainteresowania, intrygowanie, przyciąganie i oddalanie, czyli subtelna sztuka uwodzenia. Czy oprócz zdziwaczałych wielbicielek Jane Austin ktoś jeszcze pamięta, o co w tym wszystkim chodzi? Czy jeszcze wrócą czasy romantycznych randek, czy po prostu trzeba się pogodzić z tym, że z pomocą nowoczesnej technologii zabiliśmy biednego Amora?

Miłość jest wieczna jak trawa

W poszukiwaniu odpowiedzi zajrzałam do prac naszej niezawodnej antropolożki dr Helen Fisher, która skanowała mózgi zakochanych, żeby znaleźć miejsce, gdzie ukrywa się miłość. Okazuje się, że struktura w mózgu odpowiedzialna za romantyczne uczucia leży głęboko pod korą i układem limbicznym, w tej ewolucyjnie najstarszej części mózgu, tam gdzie gnieżdżą się popędy, namiętności, pragnienia, głód, których zaspokojenie jest niezbędne dla naszej egzystencji.

Dzięki tej „romantycznej” strukturze w mózgu jesteśmy w stanie skoncentrować nasze siły i energię na zdobyciu tej jednej wybranej osoby i stworzyć związek. Bo tylko taka współpraca dwojga ludzi jest optymalną sytuacją dla rozwoju dzieci. To bardzo pierwotny proces, który nie zmienił się od tysięcy lat. I raczej nie uda nam się tego zmienić w ciągu kilku dziesięcioleci. Nowe technologie są tylko nowoczesnymi narzędziami do realizowania potrzeby starej jak świat. Jaka to cudowna wiadomość - Amor przeżyje!

fot. shutterstock

Czego brakuje online

Anna Machin, antropolog ewolucyjny z uniwersytetu w Oxfordzie, przyznaje, że randkowanie online wyzwala inne reakcje organizmu niż randkowanie w realu. Kiedy oglądasz zdjęcie interesującej Cię osoby i wiesz, że też jest Tobą zainteresowana, następuje chwilowy wzrost poziomu hormonu dobrego samopoczucia – dopaminy. Ale nie da się tego porównać z hormonalną burzą, która wybucha w Twoim organizmie, gdy znajdujesz się fizycznie blisko osoby, która Ci się podoba. Wtedy wzrasta poziom dwóch neuroprzekaźników: oksytocyny, która uspokaja ewentualne lęki przed nieznanym, oraz dopaminy, która motywuje Cię do rozpoczęcia rozmowy:„Hej, jestem Aśka. Nie widziałeś takiej dziewczyny z czerwonymi włosami? Szukam kumpeli, z którą przyszłam”.

Real ma jeszcze jedną przewagę nad Tinderem, a ma to związek z tzw. histokompatybilnością. Ta chemia, jaką czujesz w obecności faceta, który Ci się podoba, polega na podświadomej ocenie „zgodności genetycznej”. A raczej niezgodności, bo im większe różnice genetyczne między wami, tym lepiej dla zdrowia waszego potomstwa. Biologiczna strona Twojej natury bowiem szuka ojca dla Twoich dzieci. Zmysłem, który kieruje nas ku najbardziej odpowiedniemu partnerowi, jest węch. A potem smak (przy ewentualnym pocałunku). Ale inne zmysły też odgrywają rolę: obserwujesz jego język ciała, symetrię i na tej podstawie oceniasz jego zdrowie i witalność. Śmiejecie się razem i pstryk: wasz organizm zalewa fala betaendorfin – hormonu, który sprawia, że nagle czujecie, że jesteście sobie jakoś bliscy.

Tego wszystkiego brakuje w internetowym szukaniu partnera, dlatego większość spotkań w realu z ludźmi poznanymi online okazuje się porażką. I nie chodzi tu tylko o to, że zdjęcia profilowe dziwnie często pokazują mocno wyretuszowaną wersję nas samych. Nasz organizm, nasza biologia, nasza podświadomość stanowią bardzo dobrze działający mechanizm wyszukujący odpowiednich partnerów. Nie można tego powiedzieć o algorytmach portali randkowych, mimo że wiele z nich reklamuje się, iż do kojarzenia par używa psychologicznych metod dopasowywania.

„Nie można miłości sprowadzić do algorytmu - mówi dr Machin. – Większość z tych aplikacji wykorzystuje zasadę podobieństwa profili, a przecież podobieństwo jest jednym z gorszych prognostyków, że ludzie się w sobie zakochają”.

Ale sami też nie jesteśmy do końca świadomi, co na nas zadziała. Kto kiedyś wypełniał ankietę na portalu randkowym, ten wie, jak to wygląda – zakreśla się listę pożądanych cech potencjalnego partnera: od wyglądu zewnętrznego, przez zainteresowania, po stosunek do religii i poglądy polityczne. I liczy na to, że algorytm „wypluje nam” facetów, z którymi będzie nam po drodze. Ale miłość nie działa w ten sposób. Badania wskazują, że dla ogromnego procenta szczęśliwych par ich partner wcale nie był ideałem, ale po prostu coś zaiskrzyło.

Daj mu szansę

Jeszcze parę dziesiątek lat temu większość ludzi pobierała się z kimś z najbliższego otoczenia, z kolegą z podwórka, ze szkoły, z sąsiedniej ulicy, ze studiów, z pracy. Obecnie, dzięki zwiększonej mobilności ludzi oraz oczywiście internetowi, w naszym zasięgu są tysiące ludzi. Daje to tysiące możliwości, co z drugiej strony jest też trochę przerażające. Bo jak tu związać się na serio z odpowiednią osobą, skoro być może gdzieś za zakrętem i kolejnym kliknięciem ukrywa się ktoś jeszcze bardziej odpowiedni. Ten idealny. Nasza druga połowa?

Jak pisze Aziz Ansari w swojej głośnej książce „Modern romance. Miłość w czasach internetu”, obecnie ludzie nie lubią zadowalać się byle czym. Spędzają godziny, dni, tygodnie na wyszukaniu w sieci najlepszych butów, sukienki, idealnych wakacji itp. I zaczynają w podobny sposób myśleć o związkach. A więc niby dlaczego miałybyśmy poprzestać na trzecim z kolei kandydacie poznanym online? To złudzenie wyboru skłania nas do pewnej powierzchowności w ocenie na pierwszej randce.

Jak mówi Helen Fisher, problem z pierwszymi randkami jest taki, że niewiele wiemy o drugiej osobie, więc zbyt duże znaczenie przypisujemy tym kilku rzeczom, które rzucają nam się w oczy. Na przykład nie cierpisz hawajskich koszul à la Cejrowski, a facet właśnie wystroił się w taką, więc natychmiast Cię zraża do siebie (zakładasz, że wszyscy goście tak ubrani mają podobne poglądy?). Po godzinie męczarni, gdy rozglądasz się na boki, czy nikt Cię nie widzi, żegnasz się pod byle pretekstem. A gdybyś dała mu szansę, to jego dziwny gust może straciłby znaczenie, a zauważyłabyś wtedy, że ma świetne poczucie humoru, jest wrażliwy, podobnie jak Ty uwielbia psy i lubi gotować.

Nieznajomy z innej bajki

Współczesna kultura przesycona technologią może wydawać się kompletnie pozbawiona romantyzmu, ale niemniej ma mnóstwo zalet. Z pewnością zwiększa nasze szanse na poznanie kogoś, kogo w innych okolicznościach nigdy byśmy nie poznały. I, jak zbadali naukowcy z uniwersytetu w Bath, dzięki niej mamy o 17% większe prawdopodobieństwo, że spotkamy kogoś, w kim się zakochamy.

Powiedzmy, że jesteś studentką uniwersytetu. Wokół siebie masz samych studentów uniwersytetu i raczej trudno Ci wyjść poza pewien zaklęty krąg. A kto wie, może Twoją drugą połówką jest ten sympatyczny właściciel lodziarni? A poznasz go tylko dzięki sieci. O ile oczywiście dasz mu szansę. Bo przecież cechy, które sprawiają, że ta druga osoba jawi się nam jako wyjątkowa i niepowtarzalna, są ukryte głębiej. Trzeba trochę czasu, aby je odkryć, powoli oswajając się nawzajem.

OK, mamy więcej opcji niż nasze babcie, ale stanowczo jesteśmy zbyt niecierpliwi: chcemy mieć rezultat już, zaraz, natychmiast. I to właśnie nasza niecierpliwość, a nie technologia może zabić Amora.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij