[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
3.4

Bikini fitness od kuchni - jak naprawdę wygląda świat bikiniar?

Na scenie są jak panny młode w dniu ślubu: zjawiskowe, idealne, wszystkie spojrzenia są skupione na nich. Ten najpiękniejszy dzień w życiu można sobie zafundować wielokrotnie. Nic dziwnego, że scena potrafi uzależnić.

Zawodniczki mają idealną sylwetkę tylko w dniu zawodów.

Porównanie ze ślubem nie jest naciągane. Nie wymyśliłem go sam, tylko usłyszałem od Julii Fusieckiej, mistrzyni Polski w bikini fitness z 2016 roku, która starała się wytłumaczyć mi, jak czuje się na scenie bikiniara. Zapraszam do ich świata: na scenę, za kulisy, na treningi oraz do kuchni. Stańmy razem w blasku reflektorów oraz w cieniu zaburzeń odżywiania i problemów zdrowotnych. Bo pięknie i bez trudności jest tylko na obrazku.

Sport czy wybory miss?

Zaczynają różnie. Niektóre nie miały wcześniej nic wspólnego ze sportem. „Zobaczyłam filmik pokazujący dziewczyny umięśnione, ale też bardzo kobiece. Chciałam wyglądać jak one, wyróżniać się, budzić respekt. W tym jednym momencie podjęłam decyzję o starcie w zawodach” – opowiada Kaja Soboń (prowadzi na YT kanał „Dźwigaj, dziewczyno”). Inne mają za sobą sportowy background, jak Katarzyna Rodzik-Maliszewska (absolutna mistrzyni Polski bikini fitness z 2018 roku) czy wspomniana już Fusiecka (obie trenowały taniec sportowy). Dzięki temu łatwiej im wejść w ciężki reżim treningowy, mają też ogromny handicap. „Podstawą jest nieprzesadnie umięśniona sylwetka o odpowiednich proporcjach. Sędziowie zwracają uwagę na szerokie barki, wąską talię, krągłe pośladki – figurę klepsydry” – wyjaśnia Julia. – Biorą pod uwagę tzw. prezencję sceniczną, czyli sposób poruszania się, pozowania, pewność siebie, blask, który bije od kobiety. Znaczenie ma też uroda” – mówi. To dość uznaniowe kryteria, dalekie od precyzyjnej, sportowej rywalizacji. „Bikini fitness bliższe jest konkursowi piękności – mówi. – Zawodniczka może wypaść świetnie, a na innych zawodach być ostatnia. Sama dowiedziałam się kiedyś, że mam za szerokie kolana”.

Kryteria oceny różnią się też między zawodami krajowymi a zagranicznymi. „Do niedawna w Polsce preferowano sylwetkę wychudzoną, teraz zmienia się to w kierunku pełniejszego, mocniejszego ciała. Takie różnice w podejściu sędziów wprowadzają mocny element niepewności, trudno ocenić swoje szanse przed startem” – opowiada Katarzyna Rodzik-Maliszewska. Podkreśla, że odporność psychiczna jest bardzo ważna dla bikinar. Z jednej strony muszą bowiem trenować jak zawodowe sportsmenki, nawet dwa razy dziennie, z drugiej są oceniane jak uczestniczki konkursu piękności i ich ogromna praca może pójść na marne bez jasnego powodu. Dlatego obie mistrzynie, niezależnie od siebie, akcentują, że bikini fitness to dyscyplina, z której obciążeniami najlepiej radzą sobie dojrzałe, świadome swojej wartości kobiety. „Kiedy zaczynałam, byłam po prostu niegotowa. Moim celem było zbudowanie idealnej formy na zawody, to ich wynik był wyznacznikiem szczęścia. Teraz jestem dojrzalsza i moje poczucie wartości opiera się na mocniejszych filarach. Nie trenuję już po to, żeby dobrze wypaść na scenie, tylko dlatego, że to lubię. Zawody nie są już celem, a konsekwencją ćwiczeń” – mówi Julia Fusiecka.

REKLAMA

REKLAMA

Życie na redukcji

Do budowania mięśni potrzebna jest nadwyżka kalorii, a do spalania tkanki tłuszczowej ich deficyt, dlatego tych procesów nie da się połączyć. W związku z tym sezon startowy bikiniary można podzielić na fazy. Najpierw musi wypracować umięśnione ciało, a potem spalić nadmiar kilogramów, który się przy okazji pojawia. Ten bardzo trudny okres, który trwa nawet kilka miesięcy, nazywa się redukcją. W jej czasie zawodniczka dalej musi ciężko trenować, a do tego zjadać mniej niż wynosi zapotrzebowanie jej organizmu. To bardzo obciążające fizycznie i psychicznie. Musi radzić sobie z osłabieniem i poczuciem głodu. Jej ciało i umysł domagają się odpoczynku, regeneracji, jaką fundują sobie zawodowi sportowcy, a nie zapominajmy, że to w większości przypadków amatorki mające pracę, rodzinę, znajomych. Jednym słowem – życie. Muszą w plan dnia wpisać treningi, samodzielne przygotowanie posiłków z idealnie wyliczonymi kaloriami i makroskładnikami, a do tego iść do pracy, zrobić zakupy, posprzątać, spotkać się ze znajomymi. A doba ma tylko 24 h.

„To iluzja, że da się wszystko połączyć bez szkody dla siebie. Sprawdziłam to na własnej skórze, bo długo łączyłam pracę w szkole z treningami swoimi i klientów” – opowiada Julia Fusiecka. Dodaje, że w czasie przygotowań do zawodów cierpią relacje ze znajomymi: „Wychodzą do miasta, a ja nie mogę dołączyć, bo patrzenie, jak się objadają, kiedy ja nie mogę, jest zbyt trudne”; rodziną: „Babcia prosi, żeby zjeść kawałek ciasta i nie rozumie, że ja po prostu nie mogę tego zrobić”; najbliższymi: „W czasie redukcji przeżywałam ogromny stres i stałam się bardzo nerwowa. Byłam gotowa rozszarpać mojego chłopaka za byle głupstwo. Zobaczyłam to jak w lustrze, kiedy on szykował się do walki w K1”.

U kosmetyczki

Treningi i redukcja to jedno, ale liczy się przecież także uroda. „Bardzo ważne jest przygotowanie skóry, a jej wygląd zależy od diety przez cały rok. Na kilka tygodni przez startem zaczyna się intensywne balsamowanie i peelingowanie ciała. Często doczepia się włosy albo prostuje je keratynowo, żeby dobrze wyglądały na scenie” – mówi Katarzyna Rodzik-Maliszewska. Listę zabiegów kosmetycznych uzupełniają maseczki na twarz, która mimo wyczerpania przygotowaniami musi wyglądać na świeżą i wypoczętą, doczepianie sztucznych rzęs, paznokci, wybielanie zębów. Pełen zestaw. W kwestii piersi: bardzo poprawiają proporcje i wygląd sylwetki, ale składają się z tkanki tłuszczowej, więc po redukcji nieuchronnie maleją. Nie wynaleziono jeszcze sposobu na to, żeby spalić ją z brzucha czy ud, oszczędzając biust. Dlatego wiele zawodniczek go powiększa. Piersi okrywa bikini. To nie jest kostium kupiony w zwyczajnym sklepie, tylko specjalnie przygotowany strój. „Bikini musi idealnie leżeć, bo to ma duży wpływ na prezencję na scenie. Ja szyję je u zaufanej krawcowej, a potem poprawiam przed każdym sezonem. To nie jest plaża, strój musi się świecić, dlatego obkleja się go kryształkami. Te najlepsze, od Swarovskiego, kosztują 1500-3000 zł, ale różnica jest widoczna” – zdradza Katarzyna Rodzik-Maliszewska.

REKLAMA

Maksymalne odwodnienie

Ostatni tydzień przed zawodami jest kluczowy dla formy na scenie. Zawodniczki najpierw przez 3-4 dni bardzo dużo piją, nawet do 8 litrów wody dziennie, by potem zmniejszać jej ilość i tuż przed startem praktycznie przestać pić. Biorą środki moczopędne, piją rumianek i pokrzywę. Wszystko po to, by usunąć z organizmu jak najwięcej wody. Dzięki temu mięśnie są lepiej widoczne, ale one same stają się bardzo osłabione. Za kulisami zdarzają się nawet przypadki zasłabnięć. Wieczorem przed startem zawodniczki nakładają bazową warstwę bronzera (dzięki ciemnej skórze mięśnie prezentują się lepiej), wskakują w stary dres, żeby nie pobrudzić pościeli i kładą się spać. Jeśli oczywiście uda się zasnąć, bo serce kołacze jak szalone. Rano prysznic, żeby zmyć podkład, a potem pędem na halę, w której rozgrywane są zawody. Tam już za kulisami jest gorąco, bo trwają ostatnie przygotowania: układanie włosów, robienie makijażu, nakładanie drugiej warstwy bronzera i oliwki, aby skóra w strategicznych miejscach się błyszczała. Jeszcze kilka machnięć hantlami, pociągnięć gumą albo zwyczajnych pompek, żeby mięśnie zyskały ostatni szlif, a potem kolejka do sceny.

Bikiniary są gotowe na te kilkanaście minut, będące ukoronowaniem wielomiesięcznego procesu przygotowań. Rzędem wychodzą na scenę. I robi się jeszcze goręcej. Bo przed nimi siedzą sędziowie, a także rodziny i tłum bliższych oraz dalszych znajomych, całe fitnessowe środowisko. A w nim ocenia się wygląd jeszcze surowiej niż wśród normalnych ludzi. „Na scenie bywa ciężko. Na bieżąco dochodzą do nas reakcje sędziów i komentarze publiczności. Często są negatywne. Trzeba umieć puścić to mimo uszu” – mówi Rodzik-Maliszewska. Zawodniczki na scenie pozują grupami, a sędziowie porównują ich sylwetki w czterach pozycjach obowiązkowych: z przodu, tyłu, oraz z boków. W finale dochodzi jeszcze własny układ. Ilość rund zależy od liczby zawodniczek w danej kategorii. Bywa, że wyniki ogłaszane są już po półtorej, dwóch godzinach, ale jeśli pojawią się trudności organizacyjne, zawody się przeciągają i mija cały dzień, zanim bikiniary przekonają się, która z nich podniesie puchar w górę.

Kiedy gasną światła

Po ogłoszeniu wyników puszcza tama surowych ograniczeń dietetycznych. „Pamiętam, że po zawodach pochłonęłam całą blachę szarlotki, opychałam się chipsami, ciastkami i żelkami” – wspomina Kaja Soboń. „Wiele dziewczyn robi zapasy na okres tuż po zawodach. Ja sama gromadziłam ulubione słodycze. Ten napad obżarstwa po starcie wygląda jak w przypadku bulimii, trudno to kontrolować” – opowiada Fusiecka. Pół biedy, jeśli to jednorazowe lub powtarzające się kilka razy szaleństwo. Nie jest niczym zaskakującym po tak długim okresie ogromnych wyrzeczeń. Problem jednak w tym, że czasem przechodzi w coś dłuższego, co można określić mianem zaburzeń odżywiania. Trudno określić, jak powszechny to problem, ale Kaja Soboń na swoim kanale opowiada otwarcie o problemach z jedzeniem. „Całe moje życie krążyło wokół niego. Obsesyjnie liczyłam kalorie, a kiedy dowiedziałam się, że moja ulubiona guma do żucia nie jest całkiem ich pozbawiona, wpadłam w histerię. To był obłęd, skrajność: kiedy tylko coś zjadłam, natychmiast chciałam to spalić” – mówi Kaja Soboń.

Zawodniczki wpadają w błędne koło objadania się i wyrzutów sumienia, po których następują kompulsywne treningi i głodówki, żeby przeciwdziałać skutkom przejadania się. A kiedy jeszcze mocniej dociskają sobie śrubę, ciało i umysł w końcu poddają się i cykl rozpoczyna się od nowa. „Rzeczywiście, w świecie sportów sylwetkowych z jedzeniem wiążą się wielkie emocje, zbyt wielkie. Stąd zaburzenia. Ja też czuję, że się o nie otarłam. Dopiero z czasem nauczyłam się słuchać swojego ciała i sobie odpuszczać. Niedawno zrezygnowałam z udziału w zawodach, żeby towarzyszyć chłopakowi w jego walce na turnieju w Berlinie. Kiedyś bym tego nie zrobiła” – przyznaje Fusiecka.

REKLAMA

REKLAMA

Iluzja doskonałości

Bikiniary muszą zmierzyć się jeszcze z innym wyzwaniem. Ich ciała są idealne tylko przez chwilę. W większości przypadków już kilka dni po zawodach przybierają na wadze. To naturalne, a różnica dla człowieka spoza środowiska może nie być wielka, ale one wiedzą, że już nie są idealne. Tymczasem media społecznościowe są pełne zdjęć koleżanek w topowej formie, z którymi trudno się nie porównywać. Nawet jeśli wiadomo, że fotografie są poprawiane. „Do pierwszych zawodów musiałam zgubić 7 kg, co zajęło mi kilka miesięcy rygorystycznej diety, właściwie głodówki. Wtedy jeszcze miałam zbyt mało doświadczenia i nie wiedziałam, że takie mocne ograniczenie kaloryczności nie jest wcale konieczne. Zawartość tkanki tłuszczowej w ciele zeszła poniżej 10%, a ja zaczęłam mieć problemy zdrowotne – na 9 miesięcy całkowicie zanikła mi miesiączka i musiałam przejść terapię hormonalną. Lekarz endokrynolog powiedziała mi, że mogę mieć problemy z zajściem w ciążę. Po starcie przytyłam 12 kg i to było dla mnie ogromne obciążenie psychiczne. Teraz mam świadomość, że po zawodach ciało się zmienia, ale wtedy czułam się skończona” – wspomina Julia Fusiecka.

Podobne problemy miała Kaja Soboń. „Ja musiałam zrzucić aż 15 kg. Na scenie ważyłam 50 kg, przy 11% tkanki tłuszczowej, a mam 168 cm wzrostu. Miesiączka zanikła mi jeszcze przed startem, ale na szczęście wróciła bez żadnego leczenia. Te kilka chwil na scenie nie było warte wyrzeczeń i problemów, dlatego zdecydowałam, że pierwszy start w zawodach bikini fitness będzie jednocześnie ostatnim. Wyciągnęłam swoją lekcję i teraz skupiam się na tym, jak jestem silna i sprawna, a nie jak wyglądam. W żadnym razie nie chcę zniechęcać do tego sportu, mam mnóstwo szacunku do zawodniczek za ich ciężką pracę, ale uważam, że trzeba mówić o ciemnych stronach i zagrożeniach niesionych przez tę dyscyplinę”. To oczywiście nie jest tak, że podobne kłopoty są udziałem wszystkich zawodniczek. Żeby ich uniknąć, ważne jest jednak doświadczenie i predyspozycje. „Mam to szczęście, że w moim przypadku różnica między wagą codzienną a startową jest niewielka, dlatego okres redukcji trwa zaledwie 2-3 tygodnie i nie jest uciążliwy. Na co dzień jem 2300-2500 kcal, co jest niezbędne, bo ćwiczę nawet 30 godzin w tygodniu, a deficyt kaloryczny w okresie redukcji osiągam raczej przez dołożenie ruchu niż przez obcinanie kalorii” – mówi Katarzyna Rodzik- -Maliszewska.

„Uważam, że w tym sporcie bardzo ważne są predyspozycje genetyczne i naturalne proporcje sylwetki. Organizm kobiety jest delikatny jak kwiat i nie można z nim walczyć, bo to może źle się skończyć. Trzeba też mieć cierpliwość: jestem przerażona, kiedy na naukę pozowania przychodzą do mnie młode dziewczyny, które chcą mieć efekty na już i są dla tego celu gotowe zrobić wszystko. Mięśnie buduje się latami i nie da się tego przyspieszyć. To droga na skróty gubi dziewczyny” – ostrzega Rodzik-Maliszewska. Podobnie wypowiada się Julia Fusiecka: „Ja nauczyłam się na własnych błędach, żeby się nie spieszyć i powoli czekać na zmiany. Naprawdę można trenować i kształtować ciało tak, żeby to było zdrowe. Wystarczy stosować się do zasady, którą kiedyś usłyszałam od jednej z moich przyjaciółek, by uważnie słuchać szeptu swojego organizmu. Dzięki temu później nie będziemy zmuszone słuchać jego krzyku”.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij