Wiesz, czemu jesz?

Pytanie wcale nie jest banalne. Bo czasem klucz do zrozumienia, dlaczego nie możemy powstrzymać się od jedzenia, leży nie w brzuchu, lecz w głowie.

Zajadanie emocji fot.shutterstock.com

Może by do szkół warto wprowadzić nowy przedmiot: edukację emocjonalną? Bo zaskakująco często okazuje się, że nie mamy niezbędnej w życiu umiejętności radzenia sobie z emocjami. Sięgamy więc po to, co jest pod ręką, i działa, choćby chwilowo. A w tej konkurencji jedzenie jest zaskakująco skuteczne.

Szeroki wachlarz emocji

Potocznie mówimy o zajadaniu stresu, jednak specjaliści mają na to bardziej profesjonalne określenie: kompulsywne albo napadowe objadanie się. Oznacza ono wywołaną emocjami utratę kontroli nad jedzeniem. To trochę tak, jakby nagle wyłączał się nam mózg i nie był w stanie zapanować nad ciałem, które niezależnie od fizycznego poczucia głodu domaga się jedzenia. I wcale nie chodzi o pierwsze, banalne skojarzenie: zapłakanej kobiety, siedzącej przed telewizorem z wielkim kubełkiem lodów, przy filmie odreagowującej niespodziewany koniec związku. A przynajmniej nie tylko. „Nagłe i silne uczucia oczywiście mogą być wyzwalaczem napadów objadania się, jednak wachlarz emocji, które zmuszają nas do wymykającego się kontroli jedzenia, jest bardzo szeroki i nie wszystkie z nich jest łatwo zidentyfikować” – tłumaczy psychodietetyczka Magdalena Hajkiewicz-Mielniczuk. „Należą do nich nie tylko smutek, żal, złość, rozczarowanie czy rozgoryczenie, ale również stany lękowe, poczucie braku akceptacji czy stres, niemające związku z jednym, łatwym do określenia wydarzeniem, tylko będące efektem kumulacji wielu czynników. Zapalnikiem może być nawet przeciągające się zmęczenie fizyczne albo okres wyjątkowej życiowej mobilizacji, które upośledzają naszą zdolność do kontrolowania swojego zachowania” – wylicza specjalistka.

Niebezpieczny związek

Magdalena Hajkiewicz-Mielniczuk wyjaśnia, że każdej emocji, którą przeżywamy, towarzyszy afekt, czyli pobudzenie układu nerwowego. Jego natężenie zależy z jednej strony od siły samej emocji, a z drugiej – od człowieka, jego temperamentu i osobowości, ponieważ bardzo różnimy się od siebie sposobem, w jaki reagujemy na podobne albo nawet takie same sytuacje. To, co po jednym spłynie jak po kaczce, inną osobę może drążyć tygodniami.

Napięcie nerwowe przeważnie dość szybko opada, jednak kiedy z jakiegoś powodu, zewnętrznego albo wewnętrznego, się przeciąga, zaczynamy szukać sposobu na to, jak sobie z nim poradzić. I wtedy pojawia się jedzenie, całe na słodko. I tłusto. Bo to absolutnie nie jest przypadek, że właśnie lody albo czekolada są domyślnym skojarzeniem z jedzeniem, po które najczęściej sięgamy w ciężkich chwilach. „Kombinacja słodkiego i tłustego smaku najsilniej wpływa na wydzielanie dopaminy, neurotransmitera powodującego uczucie zadowolenia” – wyjaśnia Hajkiewicz-Mielniczuk. To głównie dzięki niej jedzenie pomaga nam krótkoterminowo pozbyć się napięcia. A właściwie to nie tyle pozbyć, co odwrócić od niego uwagę, zamaskować. Na dokładnie tej samej zasadzie, co używki, zakupy czy praca, albo precyzyjniej mówiąc: pracoholizm. Nawet sport może odgrywać tę rolę, chociaż termin sportoholizm jeszcze się nie spopularyzował. Gdyby jednak ktoś pytał nas o zdanie – to tylko kwestia czasu.

SPRAWDŹ: Superfoods - wielcy dietetyczni celebryci

Czerwona linia

Jedzenie pod wpływem emocji może przybierać bardzo różne formy. Z jednej strony można do niego zaliczyć czekoladę, która niespodziewanie wpada do menu w czasie wyjątkowo trudnego dnia w pracy, chociaż normalnie słodycze w ogóle nas nie kuszą. Z drugiej – będzie nim też zupełnie niekontrolowany atak na lodówkę, w czasie którego czyścimy półki, a w żołądku znika wiele tysięcy kilokalorii. Często bardzo trudno jednak uchwycić granicę, za którą coś staje się problemem. Bo ostatecznie co złego jest w tym, że raz na jakiś czas zjemy porcję słodyczy, nawet jeśli jest spora?

Ryzyka otyłości ze wszystkimi jego negatywnymi konsekwencjami zdrowotnymi bardzo to przecież nie podniesie. Jeśli na dodatek ten schemat nie zaczyna powtarzać się coraz częściej, a my nie zaczniemy z tego powodu źle o sobie myśleć, to raczej nie ma się czym przejmować. Ekspertka podpowiada, że to właśnie nasza osobista ocena jest w tym przypadku najbardziej istotna. „Z jednej strony istnieją obiektywne kryteria, aby móc zdiagnozować napadowe objadanie się: możemy o nim mówić, jeśli takie epizody zdarzają się przynajmniej 2 razy w tygodniu przez 6 miesięcy. Jednak to nasz subiektywny odbiór własnego zachowania liczy się najbardziej” – mówi Magdalena Hajkiewicz-Mielniczuk. Wyjaśnia, że problemem, z którym warto się zmierzyć, może bowiem stać się cokolwiek, co odbiera nam subiektywne poczucie szczęścia, budzi w nas lęk czy wstyd. Czemu warto, a nawet trzeba? Ponieważ im wcześniej zaczniemy działać, tym lepiej. „Nawyki się utrwalają, więc im dłużej się z nimi borykamy, tym trudniej sobie potem z nimi poradzić” – wyjaśnia specjalistka. A może być tak, zwłaszcza jeśli sprzyja temu nasza konstrukcja psychiczna, że początkowo niegroźne nawyki, których nie staramy się zmieniać, zaczną się z czasem nasilać. Pół biedy, jeśli konsekwencją stanie się subiektywnie odczuwane pogorszenie komfortu życia. Ostatecznie mogą nią jednak być nawet poważne zaburzenia psychofizyczne: obniżenie samooceny, brak szacunku do siebie, stany lękowe, a nawet depresyjne. Warto zauważyć, że te problemy mogą być zarówno konsekwencją, jak i przyczyną jedzenia pod wpływem emocji. Mamy więc w tym przypadku do czynienia ze swego rodzaju zaklętym kołem.

Plan działania

Jak się z niego wyrwać? „Przede wszystkim trzeba działać wielotorowo” – zaczyna Hajkiewicz-Mielniczuk. Doradza, że warto zacząć prowadzić dzienniczek samoobserwacji, w którym dokładnie opisujemy emocje, jakich doświadczyliśmy w danej sytuacji. „Pomaga on wychwycić pewne schematy działania i wspólne punkty napadów. Dzięki takiej wiedzy można im potem zapobiegać” – mówi psychodietetyczka. To zapobieganie można pojmować na różne sposoby. Zauważasz, że zaczynasz podjadać, kiedy w firmie musisz radzić sobie ze spiętrzeniem obowiązków? Być może warto popracować nad lepszą organizacją pracy, aby do nich nie dopuszczać. Zaczynasz podejrzewać, że podstawowym problemem w Twoim przypadku mogą być jakieś zaburzenia psychiczne? Rozważ rozpoczęcie współpracy z terapeutą, gdyż samodzielnie może być trudno dokładnie zidentyfikować źródłowy problem i sobie z nim poradzić. Odkrycie schematów działania pozwala także zastanowić się nad innymi sposobami, które w zastępstwie jedzenia pomogą radzić sobie z napięciem. Być może zamiast kubełka lodów wystarczy relaksująca kąpiel, wyjście do kina czy spotkanie z przyjaciółką. „Bardzo istotne, aby wytrącić się z automatyzmu działania, który do tej pory sterował naszym zachowaniem” – podkreśla Hajkiewicz-Mielniczuk. Dodaje również, że zmiana schematów działania przypomina maraton.

W tym długotrwałym procesem lepiej nie oczekiwać szybkich sukcesów i warto cieszyć się nawet najmniejszymi postępami, żeby zyskać siłę do dalszego działania. „Już pół czekolady zamiast całej jest krokiem do przodu, za który warto się nagrodzić dobrym słowem i myślą, zamiast czynić sobie wyrzuty, że znowu się nie udało” – zwraca uwagę psychodietetyczka. Jest także sporo skutecznych technik, które pomagają radzić sobie ze stresem, takich jak: medytacja, ćwiczenia oddechowe, trening autogenny, trening uważności, joga czy ogólnie aktywność fizyczna. Warto sprawdzić, który z nich najlepiej sprawdzi się w Twoim przypadku. I lepiej nie działać samodzielnie, zwłaszcza jeśli masz już za sobą nieudane próby zmierzenia się z problemem. Znalezienie prawdziwej przyczyny tego, że sięgamy po jedzenie, aby radzić sobie z psychicznym napięcem, naprawdę nie jest łatwą rzeczą i o końcowy sukces znacznie łatwiej będzie we współpracy ze specjalistą.

Zmiejsz stres

Magdalena Hajkiewicz-Mielniczuk podpowiada, jak zamienić negatywne myśli na takie, które będą nam pomagały redukować napięcie.

Jestem beznadziejna

Myślę o sobie w negatywny sposób wtedy, gdy jestem w złym nastroju.

Nie dam rady

Czuję, że teraz nie mam wystarczających zasobów, by sobie z tym poradzić.

Inni daliby radę

Każdy ma prawo przeżywać trudności na swój sposób.

To mnie przerasta

Być może nie dobrałam wyzwań do swoich zasobów.

To za trudne

Jeszcze się tego nie nauczyłam.

Ponoszę same porażki

Mam za sobą doświadczenia, z których mogę wyciągnąć wnioski.

Ekspertka

”” MAGDALENA HAJKIEWICZ-MIELNICZUK
wykładowczyni akademicka, dietetyczka, psychodietetyczka
Autorka bloga wiem-co-jem.pl oraz podcastu Magdalena Hajkiewicz.

ZOBACZ TEŻ: 9 składników poczucia, że życie jest dobre

REKLAMA