Superfoods - wielcy dietetyczni celebryci

Producenci żywności nie mają większego problemu, aby przekonywać nas o wyjątkowych właściwościach coraz to nowej rośliny odnalezionej na końcu świata. Nic dziwnego – w końcu koncepcja, że jedną łyżeczką jakiegoś proszku zapewnimy sobie zdrowie, jest wyjątkowo kusząca.

Superfoods fot.shutterstock.com

Kwestia nazwy

Zastanawiałaś się kiedyś, co dokładnie rozumiemy przez termin „superfood”, którym tak często obecnie szermujemy? W pierwszej chwili odpowiedź wydaje się oczywista: że to po prostu jakiś rodzaj żywności o wyjątkowej wartości odżywczej. Niby pasuje, bo nie da się przecież ukryć, że już sama natura nie rozdała kart równo, obdarzając swoje dzieła tysiącami różnych substancji w bardzo odmiennym stopniu. A potem jeszcze do akcji ruszył człowiek i zabrał się do produkcji żywności, modyfikując dzieła natury oraz wymyślając własne. Tylko od jakiego momentu możemy zacząć używać przedrostka super? Jaka ilość witamin, składników mineralnych czy polifenoli do tego uprawnia? I w tym momencie zaczynają się schody. Bo jeśli się nad tym chwilę zastanowić, wyjdzie kolejna oczywistość, że nie ma żadnej obiektywnej granicy i decydują o tym emocje, a nie rozum.

REKLAMA

Czy za superfood możemy uznać na przykład kaszę gryczaną albo czosnek? Gdyby zastanowić się tylko nad wartością odżywczą i wpływem na zdrowie, to teoretycznie tak, ale w praktyce zdecydowana większość z nas tak ich nie postrzega. Brakuje im bowiem – i tu do głosu dochodzą wspomniane emocje – nimbu egzotyki, unikalności, obietnicy, że dowiozą coś, czego nie da nic innego. Nie mają powabu tajemniczego składnika z samego końca świata, za który warto zapłacić krocie. Czy za superfood można uznać zwyczajny skyr, stojący na półce w każdym markecie? To przecież produkt, który w bardzo poręcznej formie i za niewielkie pieniądze dowozi genialne makro: trzy razy więcej białka niż zwykły jogurt naturalny, a do tego zero tłuszczu. Czyli mocne poczucie sytości przy mizernej kaloryczności – marzenie każdego, kto walczy z nadmiarem kilogramów. A jednak nie zaliczamy go do kategorii super, bo wyjechał z fabryki. Tymczasem prawdziwy superfood powinien być nieprzetworzony, organiczny, bez GMO i pochodzić z rejonów planety ledwie muśniętych cywilizacją. Czyli znowu emocje. No i, co za nimi idzie, marketing. Oraz moda. Tak, zwyczajna moda. A o tym, jak się ją tworzy, opowiemy króciutko na przykładzie moringi olejodajnej. Jeszcze kilka lat temu nikt w Polsce o niej nie słyszał, a teraz internet zachwyca się jej iście magicznymi właściwościami.

ZOBACZ TEŻ: Jak dobrze znasz superfoods?

Po szczeblach kariery

Jej kariera zaczęła się zaledwie dekadę temu, kiedy Lisa Curtis, wolontariuszka Korpusu Pokoju, mieszkała w Nigrze i tam zetknęła się z moringą olejodajną. Była osłabiona monotonną dietą składającą się głównie z ryżu i prosa, a dzięki morindze, zachwalanej przez autochtonów za zawartość składników odżywczych, odzyskała siły. Po powrocie do USA w 2011 roku rozpoczęła kampanię crowdfundingową, żeby zebrać fundusze na działalność firmy Kuli Kuli, mającej sprzedawać produkty z moringi. A już w kolejnym roku cudowne właściwości tej rośliny zachwalał Mehmet Oz – amerykański prezenter telewizyjny, znany szerzej jako Dr Oz. I choć rzeczywiście sproszkowane liście tej rośliny to świetne źródło roślinnego białka, wapnia, potasu czy żelaza, to już jej szeroko zachwalane właściwości przeciwcukrzycowe i antynowotworowe trudno poprzeć rzetelną wiedzą naukową.

Dysponujemy zaledwie pojedynczymi badaniami sugerującymi pozytywny efekt w tych obszarach, na dodatek nie są to prace wysokiej jakości metodologicznej (czyli randomizowane, podwójnie zaślepione eksperymenty kliniczne), przeprowadzone z udziałem ludzi. Konkluzją, wskazującą na konieczność ich przeprowadzenia, kończy się np. przegląd właściwości moringi, zamieszczony w czasopiśmie naukowym „Food Science and Human Wellness” z 2016 roku, przeprowadzony przez indyjskich badaczy. Poza tym raport jest dość entuzjastyczny, ale trudno się temu dziwić, skoro Indie i Himalaje to poza Afryką główne miejsce występowania moringi olejodajnej. Trzeba też pamiętać, że wychwalane pod niebiosa izotiocyjaniany, czyli jeden z zawartych w niej przeciwutleniaczy, nie są w przyrodzie niczym unikatowym, gdyż występują także w zwyczajnych warzywach krzyżowych, takich jak brokuły czy kalafiory. Zatem wsypując do porannej owsianki łyżeczkę moringi nie masz absolutnie żadnej naukowej gwarancji, że robisz dla zdrowia więcej niż dekorując ją garścią owoców jagodowych i popijając czarną kawą. Masz jedynie wzbudzone przez speców od marketingu przekonanie, że robisz coś wyjątkowego. I za to sporo płacisz przy kasie.

REKLAMA

REKLAMA

Nic unikatowego

Dostępne na rynku superfoods to w większości przypadków produkty rzeczywiście bogate w składniki odżywcze. Trzeba mieć jednak świadomość, że przy bardzo wysokiej cenie nie dostarczają jakichś unikatowych wartości, a podobne do niesionych przez nie korzyści można odnieść, używając nie tak egzotycznych, a pozostawiających o wiele mniejszy ślad węglowy lokalnych opcji. „Chociaż to skojarzenie nie przychodzi nam przeważnie do głowy, to bazując na definicji wyjątkowej wartości odżywczej, za superfoods należałoby uznać na przykład wszystkie orzechy i pestki. Są one bowiem pełne witamin, składników mineralnych oraz niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych. Z kolei rewelacyjnych źródeł przeciwutleniaczy wcale nie musimy szukać na krańcach świata: mamy je pod ręką w postaci owoców jagodowych. I to dostępnych przez cały rok, bo czekają na nas w sklepowych zamrażarkach. A jedyne, czego im brakuje, to profesjonalnego PR-u” – przekonuje dietetyk Paweł Szewczyk. Lisa Curtis, która odkryła moringę dla świata, mogła po jej spożyciu rzeczywiście poczuć ogromną zmianę.

Podobnie jak mieszkańcy Nigru, którzy jej o roślinie opowiedzieli. Ich dieta była jednak niezwykle uboga i musiało brakować w niej wielu kluczowych składników. Stąd wzięła się zmiana, którą uczyniła bogata w nie roślina. Nie jest to jednak przypadek ludzi, którzy żyją obecnie w wysoko rozwiniętych krajach zachodniego świata. I nawet jeśli żywią się w fatalny sposób głównie wysoko przetworzoną żywnością, to nie ma na świecie takiego składnika, który dodany w ilości łyżeczki czy dwóch uczyniłby w ich diecie jakościową zmianę. Tymczasem koncentrowanie się na przedrostku super może zaciemniać obraz i sprawiać wrażenie, że dbamy o dietę oraz zdrowie, podczas gdy tak naprawdę kompletnie je zaniedbujemy. A o ile możemy w WH świetnie wyobrazić sobie dietę bez jakichkolwiek superfoods, o tyle ta bez ogarnięcia najbardziej istotnych podstaw dobrą opcją dla zdrowia już na pewno nie będzie. Warto też zwrócić uwagę na kwestie ilości czynnej substancji, niezbędnej do wywołania prozdrowotnego efektu. W badaniach często jest ona skoncentrowana – używa się np. wyciągu ze ściśle odmierzoną ilością jakiegoś związku, ale w prawdziwej żywności nie występuje już ona w takiej ilości. „Przykładem może być jajko, często określane jako superfood. I o ile jest ono rzeczywiście pełne wartości odżywczych, to już nie zawiera przykładowo takiej ilości luteiny, aby chronić oczy przed związaną z wiekiem degradacją. A taki efekt często się jajkom przypisuje” – wyjaśnia Paweł Szewczyk. Żeby uniknąć takiej sytuacji i uzyskać rezultat, na którym nam zależy, w niektórych przypadkach konieczne jest więc sięgnięcie po suplement diety. Takie wyjście też jednak niesie ze sobą pewne minusy.

Suplementy diety nie są bowiem poddawane tak skrupulatnej kontroli, jak leki, i nie mamy pewności, że rzeczywiście zawierają w środku to, co jest zadeklarowane na opakowaniu. Jedynym sposobem, żeby zminimalizować ryzyko, jest wybieranie produktów renomowanych producentów, którzy, kiedy to tylko możliwe, używają składników o standaryzowanej zawartości czynnej substancji. W tym kontekście bardzo ciekawą inicjatywą jest działalność fundacji „Badamy suplementy”. „Dzięki grantom z Narodowego Instytutu Wolności w niezależnych laboratoriach sprawdzamy rzeczywiste składy suplementów diety” – deklaruje Paweł Szewczyk.

Więcej o efektach pracy fundacji dowiesz się na stronie www.badamysuplementy.pl.

Tak, to też jest superfoods

Bo liczą się nie wysoka cena i egzotyczne pochodzenie, tylko korzyści.

Kawa

W przeciwieństwie do moringi jej działanie chroniące przed nowotworami i zmniejszające ryzyko cukrzycy jest potwierdzone wieloma badaniami. W portfolio ma też ochronę przed chorobą Parkinsona i depresją.

Skyr

Proste, a genialne. Jest tani, powszechnie dostępny, pełen białka oraz niskokaloryczny (0% tłuszczu). Przemieni poranną owsiankę w potężny zastrzyk protein, może być też samodzielną przekąską. Wymarzony produkt podczas odchudzania.

Owoce jagodowe

Maliny, jagody, borówki, jeżyny, aronie, truskawki – rewelacyjne są absolutnie wszystkie. To przede wszystkim prawdziwa kopalnia przeciwutleniaczy, ale nie można też zapomnieć, że przy niskiej kaloryczności bardzo podnoszą smak posiłku.

Orzechy

Często wypomina im się wysoką kaloryczność, ale trudno być tak drobiazgowym wobec tej ilości witamin, składników mineralnych i wielonienasyconych kwasów tłuszczowych. Po prostu trzeba je spożywać z umiarem – garść dziennie jest w sam raz.

Papryka

Czemu akurat ona? Bo to najbardziej poręczne codzienne źródło witaminy C. Wystarczy połowa, żeby zaspokoić dzienne zapotrzebowanie na ten składnik. No i jest słodka, więc nie wykrzywia twarzy jak acerola czy inne superfoodsowe wynalazki.

ZOBACZ TEŻ: Superfoods: rośliny w proszku 

Zobacz również:
Klasyczne brzuszki mogą nie wystarczyć. Jeśli chcesz odsłonić i wyrzeźbić sześciopak, musisz działać dwutorowo. Działaj więc!
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA