Polityka prywatności - poznaj szczegóły » [ X ]
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Przez 10 dni codziennie brałam zimny prysznic.

Zobacz, co sie stało.

Zimny prysznic Zimny prysznic

Mam 34 lata i ostatni raz miałam kontakt z naprawdę zimną wodą jeszcze w w zeszłym stuleciu, kiedy dwaj „dowcipni” kretyni wepchnęli mnie wiosną z pomostu do jeziora. Chciałabym napisać, że to właśnie wtedy nabawiłem się traumy i dlatego zawsze wybieram gorącą kąpiel, ale to nie byłaby prawda. Wybieram gorącą, bo taką lubię. Bo w gorącej wodzie mydło lepiej się pieni i mam wrażenie, że myję się dokładniej. No i jeszcze to, że kąpię się zazwyczaj rano - gdy jestem zaspana mam dreszcze i objawy hipotermii na samą myśl o zimnej wodzie.

Niedawno jednak spotkałam kuzynkę, która mieszka w Gdańsku i regularnie kąpie się w morzu. Jesienią i zimą również. I opowiada o tym z wielkim entuzjazmem. Twierdzi, że odkąd zaczęła regularnie „morsować”, choruje rzadziej, czuje się lepiej, że ma więcej energii i nawet złagodził jej się PMS. Trochę trudno mi w to uwierzyć, z drugiej strony nie mam przecież podstaw, by nie wierzyć kuzynce. Trochę zimna na pewno mi nie zaszkodzi. Postanowiłam spróbować na własnej skórze. Dosłownie.

 

Wanna zamiast morza

We Wrocławiu nie mamy morza. Jest wprawdzie Odra, ale nie jestem pewna, czy po kąpieli w niej nie musiałabym od razu odwiedzić dermatologa, więc postanowiłam ograniczyć się do bezpieczniejszych warunków: lodowato zimnego prysznica.

Zdecydowałam, że zacznę od poniedziałku. Ale w poniedziałek zaspałam i zwyczajnie zapomniałam. Wtorek jest przecież równie dobrym początkiem. We wtorek nie zaspałam i pamiętałam. Ale, gdy już weszłam do wanny i miałam odkręcić wodę w inną stronę niż zawsze, jakieś małe licho szepnęło mi –„Może zaczniemy od jutra”? Posłuchałam.

Sytuacja powtórzyła się w środę i czwartek. Czyżbym była aż takim mięczakiem?

Dzień pierwszy

Oj, nie będzie mi się dobrze kojarzyć chyba żaden pierwszy raz. Pierwszy raz z chłopakiem wolałabym zapomnieć. Pierwsza jazda samochodem również była porażką. Z pierwszego samodzielnie ugotowanego obiadu też pamiętam głównie sprzątanie, bo zamiast rozbić schab PRZED marynowaniem, stłukłam go PO. I w efekcie dwie godziny musiałam sprzątać reszki mięsa, oleju i ziół z szafek, blatu, okna a nawet sufitu.

Pierwszy zimny prysznic dołączył do kategorii fatalnych pierwszych razów. Wieczorem ustawiłam sobie przypomnienie w telefonie, żeby tym razem juz nie zapomnieć. Nie zapomniałam. Weszłam do wanny, wzięłam głęboki oddech, wyciągnęłam prysznic nad głowę i odkręciłam kran w prawo.

Szok! 

To jedyne słowo, które oddaje pierwsze wrażenie. Po pierwsze - zatkało mnie. Dosłownie. Na ułamek sekundy. A po tym ułamku zaczęłam oddychać, jakbym właśnie przebiegła maraton. Wszystkie mięśnie spięte, oczy zamknięte, i ten głośny oddech. Chciało mi się krzyczeć z bólu. Bo smagnięcie strumieniem zimnej wody ciała, które jeszcze przed chwilą leżało zwinięte w kulkę pod ciepłą kołderką jest bolesne. I to bardzo. 

Najgorsze było jednak oddychanie. Oddychać musiałam szybko, bo nie mogłam wziąć pełnego, głębokiego oddechu. Gdyby ktoś tylko mnie słyszał, prawdopodobnie uznałby, że albo mam atak paniki, albo za chwilę będę krzyczeć z rozkoszy. Po jakichś 15 sekundach poddałam się i włączyłam ciepłą wodę. Uff! Kocham kotłownię w swoim domu. Kocham ciepłą wodę w kranie. Kocham cywilizację!

 

Dzień drugi

Za drugim razem byłam już mądrzejsza. Wzięłam słuchawkę prysznica do rąk i zanim odkręciłam zimną wodę, skierowałam strumień na stopy. To był świetny pomysł. Stopy są chyba mniej wrażliwe na temperaturę, bo tym razem nie zaczęłam dyszeć. Powoli wędrowałam strumieniem w górę po nodze, dając ciału czas na przyzwyczajenie się do zmiany temperatury.

Gdzieś wyczytałam, że tak jest lepiej. I faktycznie było. Mniej więcej do pasa było całkiem nieźle. Ale już powyżej pępka - znowu koszmar. Przyspieszony oddech, sztywność mięśni i uczucie, że jeśli to potrwa jeszcze kilka sekund dłużej, chyba się posikam. Odpuszczam.

 

Dzień trzeci, czwarty, piąty i szósty

Sama jestem zaskoczona, ale od trzeciego dnia zaczynam się przyzwyczajać. Początkowa hiperwentylacja (czyli przyspieszony oddech) robi się coraz łatwiejsza do zniesienia. Być może jest tak dlatego, że moje ciało już wie, że to nic groźnego i że zimne katusze kończą się zawsze przyjemnym końcem. 

Bo za trzecim razem zrozumiałam w końcu, dlaczego ludzie decydują się na wchodzenie do lodowatej wody: gdy zakręcasz kran, czujesz ogarniające Cię ciepło. Takie dość niezwykłe, bo wypływające ze środka. Bardzo przyjemne doświadczenie, przypomina trochę uczucie gdy przytulasz się do faceta, w którym akurat jesteś zakochana.

 

Dzień siódmy, ósmy i dziewiąty.

To już rutyna. Owszem, pierwszy kontakt z zimną wodą wciąż odbiera oddech, ale to własciwie jedyne nieprzyjemne uczucie. Przyzwyczaiłam się. 

Dzień dziesiąty. Wcale nie ostatni.

Miałam poprawić krążenie, wzmocnić układ odporności, poprawić nastrój i mieć więcej energii. Co się wydarzyło? Co do krążenia - trudno powiedzieć, bo nigdy wcześniej nie miałam żadnych problemów. Odporność również raczej nie do zweryfikowania - nie badałam poziomu przeciwciał. Ale dwie ostatnie obietnice - poprawienie nastroju i więcej energii - spełnione z nawiązką.

Zauważyłam to po kilku dniach. Wcześniej często zdarzało mi się, że wychodząc rano z domu byłam ponura, bo każda komórka w moim ciele chciała jeszcze zostać w łóżku, nakryć się malutką kołderką i pospać jeszcze godzinkę. 

Zimny prysznic to zmienia. Po wyjściu z łazienki nie mam już tej mgły w mózgu, którą mam zazwyczaj. Tej nieporadności, która sprawiała, że odstawiałam słoik z kawą do lodówki, a czasami wsypywałam kawę do cukierniczki zamiast do kubka. Nigdy wcześniej nie miałam też rano ochoty na seks. Teraz mi się zdarzyło. Prawdopodobnie pod wpływem zimna serce przyspiesza, i zaczyna intensywniej tłoczyć krew w różne miejsca, w tym również do mózgu. Lepiej natlenowaną krew, bo przecież w czasie zimnego prysznica oddycham szybciej i głębiej. Dzięki temu na pewno mam więcej energii i lepsze nastawienie do życia. Nawet w trudne dni, kiedy spodziewam się kłopotów, myślę jasno i nie jestem tak zestresowana jak kiedyś. Tak. Było warto.

Nie wierzysz? Spróbuj sama. O ile nie masz problemów z sercem - nic Ci się nie stanie. Tylko pamiętaj - zaczynaj od stóp i idź w górę. Tak jest zdecydowanie przyjemniej. 

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij