[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.0

Jaki wpływ na zdrowie ma samotność?

Czasem czujemy, że świat nas nie rozumie i nikogo tak naprawdę nie obchodzimy. Taki stan na szczęście na ogół dosyć szybko mija. Ale co wtedy, gdy staje się naszą rzeczywistością?

samotna kobieta siedząca na ławce

Kiedy ostatnio wybrałam się do galerii handlowej kupić płaszcz, złapałam się na tym, że wdaję się w długie dyskusje z dosłownie wszystkimi sprzedawczyniami i z przypadkowymi osobami. Nie jest to typowe dla mnie zachowanie – w zasadzie to jestem introwertyczką, ale uświadomiłam sobie, że nie rozmawiałam z żadną ludzką istotą od kilku dni (gadanie do psa się nie liczy, bo on nawet nie raczy odpowiedzieć).

Byłam spragniona takiego zwykłego kłapania dziobem. O niczym. Bo, wiecie, od dłuższego czasu jestem osobą, która spełniła swoje marzenie i powinna być niesamowicie szczęśliwa. Mianowicie porzuciłam pracę w korporacji i zostałam freelancerką. Wyobrażałam sobie, że moje życie będzie wyglądać wspaniale: będę leżeć w hamaku na karaibskiej plaży i na laptopie pisać swoje rzeczy.

ZOBACZ TEŻ: 4 zasady mądrego zarządzania pieniędzmi

W dzisiejszych czasach do pracy wystarczy internet – mówili. Czyż nie? Może i tak, ale pominęli inny ważny aspekt: samotność. Kiedy pracowałam w korpo, wydawało mi się, że praca pożera moje życie. Spędzałam tam długie godziny i prawie nie zauważałam mijających pór roku. Denerwowała mnie korporacyjna dyscyplina i hierarchia, denerwowali mnie ludzie, brakowało mi ruchu i powietrza. A teraz widzę, że ta praca, oprócz licznych wad, miała też niepodważalną zaletę: dawała mi poczucie przynależności, nadawała moim dniom rytm. Wydaje mi się też, że mając możliwość obgadania tematu, nad którym pracuję z innymi, byłam bardziej kreatywna. Ludzie mnie stymulowali. I, co tu dużo ukrywać, praca organizowała moje życie towarzyskie.

Bo, siłą rzeczy, moje przyjaźnie pozapracowe bardzo się rozluźniły – właściwie ograniczyły się do Facebooka i spotkań kilka razy do roku. Teraz mieszkam w zielonej okolicy poza miastem, mam tę swoją przyrodę i pory roku, ale powoli przestaje mnie to cieszyć. Czuję się samotna. Mam faceta, ale niestety on jest istotą podłączoną na stałe do kompa. Taką ma robotę i taki ma charakter. Jemu ludzie w realu nie są zbyt potrzebni do życia. A mnie tak. Moi krewni, bliżsi i dalsi, mieszkają
na Podlasiu, czyli z punktu widzenia mieszkanki podwrocławskiego osiedla na końcu świata, więc nie odwiedzamy się często, zresztą i tak od dawna nie mamy wspólnego języka. W dodatku, jak już wspomniałam, jestem introwertyczką i niełatwo mi przychodzi nawiązywanie nowych znajomości. Łapię się na tym, że oglądam w kółko serial „Przyjaciele” i wyobrażam sobie, że siedzę z nimi na pomarańczowej kanapie w tej kafejce, po przyjacielsku sobie dogadujemy, śmiejemy się, jest ciepło i pachnie kawą. A gdy mam zmartwienie, to opowiadam o wszystkim Rachel, bo przecież nie mam przed nimi żadnych tajemnic, tak jak oni przede mną. Czy ja jestem normalna?

Znikam

Kiedy ostatnio pojechałam do miasta w sprawie płaszcza, to godzinami chodziłam sobie ulicami i przeglądałam się w szybach wystawowych. Sprawdzałam, czy to jestem jeszcze ja, czy może ktoś inny. Samotne dni sprawiają, że coraz bardziej zagłębiam się w sobie i rozmywają mi się kontury zewnętrzne. Nie wiem, czy łapiecie, ale to dopiero dzięki innym ludziom nabieramy konkretnego kształtu. Dzięki relacjom, dyskusjom, starciom, sporom kształtuje się nasza tożsamość. Wtedy wiemy, kim jesteśmy, a kim na pewno nie. Bez tego znowu się rozmywamy, bo przecież żyjąc tylko w naszej głowie, możemy być wszystkim: królową życia w blasku świateł Nowego Jorku, koleżanką Rachel i Moniki z „Przyjaciół”, słynną pisarką, laureatką Nagrody Pulitzera. A wśród innych ludzi możemy być tylko sobą i nikim innym.

ZOBACZ TEŻ: 7 sposobów na to, żeby się wreszcie skupić i zabrać do roboty

Głód

Spotkałam się gdzieś z porównaniem samotności do głodu. I wydaje mi się to bardzo trafne. To jest głód emocjonalny, głód obecności drugiej osoby, życzliwego spojrzenia, potrzymania za rękę, wysłuchania. Nowoczesne technologie dały nam złudzenie, że w każdej chwili jesteśmy w kontakcie z całym światem. Niestety, można mieć 1500 znajomych na Facebooku, a z drugiej strony nie mieć do kogo zadzwonić, kiedy jesteśmy przygnębieni. Życie w sieci rządzi się swoimi prawami. Szczerość i otwartość absolutnie nie są w cenie. Pokazujemy wyidealizowaną wersję siebie i swojego życia i w zamian otrzymujemy wyidealizowane wizerunki naszych znajomych. Media społecznościowe łączą, ale z drugiej strony ludzi od siebie oddalają. W badaniu dorosłych w wieku od 19 do 32 lat wykazano, że osoby, które spędzały więcej niż dwie godziny dziennie w mediach społecznościowych, dwukrotnie częściej skarżyły się na swoją społeczną izolację. Nasze cyfrowe więzi mogą pozornie sprawiać wrażenie realnych, ale często okazują się słabe i niesatysfakcjonujące – żałosne imitacje kontaktu z ludźmi.

Rozmowa z realnym przyjacielem to mowa ciała, mimika, uśmiech, ciepło, zapach, dotyk, sposób mówienia, modulacja głosu – mnóstwo pełnowartościowych sygnałów, a w sieci mamy tylko komunikat wsparty emotikonką. To jak zastąpienie pełnowartościowego jedzenia fast foodem. Nic dziwnego, że jesteśmy głodni czegoś innego. Naukowcy już od lat ostrzegają nas przed tym cywilizacyjnym trendem. Amerykański socjolog Robert Putnam już w 2000 r. napisał przygnębiającą książkę „Samotna gra w kręgle”, zwracając uwagę na rosnącą samotność mieszkańców rozwiniętych cywilizacyjnie krajów.

ZOBACZ TEŻ: 7 sposobów na pamięć i koncentrację

Konsumpcyjne podejście do życia i koncentracja na sobie skutkują tym, że nasze znajomości są coraz bardziej powierzchowne. Nie dbamy o innych ludzi, bo to wymaga czasu i zaangażowania, nieraz poświęcenia czegoś w imię przyjaźni. Jedną z największych przeszkód w budowaniu przyjaźni jest też ten nasz permanentny brak czasu. A bliskie relacje potrzebują czasu jak roślina wody. Wyniki badania opublikowanego w „Journal of Social and Personal Relationships”, wykazały, że potrzeba około 90 godzin, zanim uznasz kogoś za bliską koleżankę, a 200 za przyjaciółkę. Ale to kwestia jakości, a nie tylko ilości. Przyjaźnie wymagają długich, nocnych rozmów przy winku, częstych telefonów (nawet jeśli nie chce Ci się z nikim gadać po całym dniu pracy), pamiętania o sprawach istotnych dla drugiej osoby, takich jak na przykład wiek jej dzieci czy fakt, że ma alergię na orzechy.

Kup sobie przyjaźń

Być może rosnąca popularność różnych form psychoterapii nie jest dowodem na to, że jesteśmy w coraz gorszym stanie psychicznym, tylko po prostu mamy coraz mniej bliskich osób. Za pieniądze kupujemy sobie komfort bycia wysłuchaną i zrozumianą. Kiedyś można było liczyć w tym względzie na przyjaciółkę. Ale dzisiaj coraz trudniej nam zbliżyć się do kogoś na tyle, żeby w bezpiecznej atmosferze pogadać o swoich słabościach, lękach, niepowodzeniach oraz rozczarowaniach. Ale fakt, że nie mamy przyjaciół, to nie jest choroba. Albo inaczej – samotność to choroba cywilizacyjna, zmora XXI w. Ale nie można jej wyleczyć tabletką, tylko gruntowną zmianą naszego stylu życia i hierarchii wartości. A także nabyciem pewnych umiejętności społecznych.

Czym ona jest

Samotność wcale nie jest jednoznacznym terminem. Specjaliści wyróżniają kilka jej rodzajów. Jest samotność niechciana, polegająca na braku bliskich ludzi wokół siebie (np. po przeprowadzce do innego miasta czy kraju), jest samotność z wyboru, kiedy to świadomie odcinamy się od innych ludzi, bo lepiej się czujemy w izolacji, albo ktoś nas zranił i potrzebujemy we własnej norce „wylizać rany”. Jest także samotność egzystencjalna, kiedy to mimo faktu, że mamy dookoła pełno ludzi, uświadamiamy sobie, że każdy człowiek z natury jest samotny. Chyba każdy z nas od czasu do czasu doświadcza poczucia osamotnienia. Na ogół to mija wraz z poprawą nastroju. Ale przedłużające się poczucie braku więzi z innymi, życie jakby za szklaną szybą, może towarzyszyć depresji. W każdym razie jednym z jej objawów jest wycofywanie się z kontaktów z innymi, poczucie, że nikogo tak naprawdę nie obchodzą nasze sprawy i nas też właściwie nikt nie obchodzi.

Co z nami robi samotność

Alienacja ma wpływ zarówno na nasze ciało, jak i na umysł. Powoduje zmiany hormonalne i zmiany w biochemii mózgu. Do tego stopnia, że w prostym eksperymencie na myszach widać wyraźnie część mózgu, która jest odpowiedzialna za poczucie osamotnienia. Wszystkie stworzenia stadne w procesie ewolucji wytworzyły mechanizmy nakazujące unikać takiego stanu. W dawnych czasach istoty ludzkie były tak od siebie zależne, że prawie niemożliwe było przetrwanie poza swoją gromadą. Osamotnienie równało się śmierci z głodu, zimna i od kłów dzikich zwierząt. Nic więc dziwnego, że do dzisiaj nasz małpi mózg reaguje na to potężnym stresem (chociaż biologiczna zagłada już nam nie grozi). Rozłąka hamuje wydzielanie dopaminy, która jest neuroprzekaźnikiem aktywującym ośrodek przyjemności, ale również procesy motywacji, myślenia, pamięci, uwagi, a także ruchu. To dlatego osamotnieni ludzie często mają problemy z uwagą, pamięcią, nie mogą zmobilizować się do działania (motywacja), a także mają słabszą koordynację ruchu (to wtedy, gdy wszystko nam leci z rąk).

Ale to nie wszystko: badania wskazują, że samotni częściej mają problemy z odżywianiem (objadanie się, bulimia), a także źle śpią. Gorzej też czują się fizycznie. W badaniach naukowców z Rice University wykazano, że osoby samotne częściej zapadają na infekcje i dłużej trwa u nich rekonwalescencja. Krótko mówiąc, samotność upośledza też układ immunologiczny. Samotni po prostu żyją krócej. Ale nie sądźcie, że jedynym słusznym, zdrowym i zalecanym sposobem życia jest bycie bez przerwy w ludzkiej gromadzie. No, nie, od tego też można oszaleć. Chwile samotności kontrolowanej są potrzebne dla zdrowia psychicznego. Musimy czasem oderwać się od zgiełku świata, zastanowić, porozmawiać ze sobą, przemyśleć, w jakim kierunku chcemy iść w życiu. A potem znowu wracamy do świata.

Gdzie moje plemię?

Moja mama mówi, że kiedyś znało się wszystkich w obrębie własnego podwórka i sąsiednich ulic. Dzieciaki wpadały do siebie nawzajem coś przekąsić, bo każda „ciocia” życzliwie karmiła podwórkową gromadkę. Chodziło się do rejonowej podstawówki, znajomości trwały całe życie, bo kiedyś mieszkało się w jednym miejscu bardzo długo. Dzisiaj nie wiemy nic o sąsiadach, nawet z własnego piętra. Dzieci wozi się do „lepszych” szkół na drugim końcu miasta, a po szkole dzieci siedzą same w swoich pokojach przed kompem. I tak się to zaczyna. Wyrośliśmy z naturalnych wspólnot plemiennych, w których ludzie siebie nawzajem potrzebowali, i żyjemy w świecie, w którym obieramy za punkt honoru być jednostką niezależną. A przecież marzymy wciąż o grupie przyjaciół.

Niestety, im jesteśmy starsi, tym trudniej nam się zaprzyjaźnić. Ale nie jest to niemożliwe. Bliskie znajomości powstają raczej przez „robienie czegoś razem”, na przykład działanie na rzecz lokalnej wspólnoty. Jednak warto zacząć od zmiany priorytetów. Po prostu uznajmy, że przyjaźnie, koleżeństwa, znajomości są bardzo istotne i przeznaczmy dla nich konkretny czas w swoim terminarzu. Nie spychajmy tego na ostatnią chwilę albo na „świętego nigdy”, nie wycofujmy się ze spotkań, bo nam coś wypadło. Potraktujmy to równie poważnie, jak projekt w pracy, albo jeszcze poważniej. Praca w końcu nie przedłuża nam życia, a przyjaźnie – owszem. Niech telefony i spotkania z bliskimi staną się naszą rutyną, zanim będzie za późno.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij