[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Jak udało mi się wygrać z nałogiem? [wyznania nałogowej palaczki]

Paliłam przez ponad dwadzieścia lat. Zdarzało się, że wykańczałam po dwie paczki dziennie, czyli odpalałam jednego papierosa od drugiego. Nie tylko nie wierzyłam, że potrafi ę zerwać z nałogiem, ale nawet nie próbowałam. Aż do 6 czerwca 2015 roku. Tego właśnie dnia zapaliłam po raz ostatni, po czym dałam sobie z tym spokój. Jak mi się to udało?

rzucanie palenia

1. Choroba

Pod koniec maja rozbolało mnie gardło. Nie miałam gorączki ani żadnych innych objawów, chciałam więc wyleczyć się sama. Po tygodniu raczenia się ogólnodostępnymi tabletkami do ssania (z dodatkiem alkoholu) i ziołowymi specyfikami na chrypkę czułam się coraz gorzej. Ból był taki, że zaczęłam bać się każdego przełknięcia śliny i oddechu. I choć papierosy „pomagały” mi dotąd na każdy inny ból, nie licząc migrenowego oczywiście, teraz wywoływały ból jeszcze większy. Zatem w sobotnie popołudnie zapaliłam ostatniego papierosa, a w popołudnie poniedziałkowe poszłam do lekarza. Nieznany mi wcześniej, niemłody internista rozpoznał nieżytowe zapalenie gardła, na które szkodzi przede wszystkim picie i palenie. – Pali pani? – zapytał. – Od soboty nie – przyznałam. – To da pani radę! I nic więcej, żadnych pouczeń czy pogadanek na temat zła wiążącego się z nałogiem. Prosta wiara w człowieka. Jasne, zanim gardło przestało mnie boleć, i tak nie paliłam się do palenia. Ale miałam też czas, aby dojść do wniosku, że to świetna okazja, by spróbować i podejść do tego z optymizmem. Myślę więc teraz, że, po pierwsze, do rozstania się z papierosami warto wykorzystać anginę, grypę, migrenę lub… większego kaca.

2. Okoliczności

Moment na zerwanie z nałogiem okazał się doskonały także z innego względu. Ledwie trzy tygodnie dzieliły mnie do urlopu. A ten zawsze spędzam aktywnie: pływając, uprawiając sporty wodne, chodząc na długie spacery po lesie. Delektując się świeżym powietrzem, powinnam dopisać, ale przecież przez kilkanaście lat jakże cudownie było zaciągnąć się papieroskiem tuż po porannym pływaniu, pomedytować na plaży w towarzystwie ciał smolistych, zapalić na wieczornej imprezie przy ognisku. Nic to, że na urlopie prawie nie było powodów do stresu – tu palenie sprawiało niewymowną przyjemność. Niestety, to z powodu przyjemności właśnie często nie da się skończyć z nałogiem. Chyba że samo zerwanie i związane z tym poczucie własnej siły potraktujemy jak przyjemność. Po drugie: urlop ułatwia rzucenie palenia. Natomiast raczej odradzałabym łączenie antynikotynowego zrywu ze stresującymi wydarzeniami, jakie czekają nas w ciągu, powiedzmy, kolejnego kwartału. Takimi jak np. audyt w pracy czy przeprowadzka.

3. Zmysły na detoksie

Na urlop w 2015 roku pojechałam jednak po trzech tygodniach „detoksu” i już w czasie pierwszej kąpieli zauważyłam, że z czystymi płucami pływa się znacznie lepiej. Przyjemniej chodzi po lesie, mocniej czując jego zapach. Z wolną od codziennych problemów głową można było wysiedzieć w palącym towarzystwie, choć jak na złość było tego lata wyjątkowo liczne. Na szczęście przez jakiś czas papierosowe opary pachniały mi pięknie niż kadzidło czy dym z ogniska. Nie jak psia kupa, którą też nagle zaczęłam odczuwać z odległości kilkuset metrów. I czuję wciąż, bo to proces nieodwracalny. Dziś jednak nie cierpię zapachu papierosów tak samo, jak smogu czy ulicznych spalin. Dopiero teraz zrozumiałam, jak musieli się czuć moi niepalący znajomi, nim wprowadzono zakaz palenia w pomieszczeniach. Albo jak musiało śmierdzieć w „wolnej strefie”, czyli w moim mieszkaniu. Po odstawieniu papierosów zaczęłam się także delektować przyprawami i przede wszystkim używać mniej soli, co oczywiście okazało się kolejnym dobrym skutkiem, jakiego nie przewidziałam. Za to w cały ten proces zupełnie nie angażowałam wzroku, nawet w wyobraźni. Żadnego wizualizowania sobie, jak moje płuca odzyskują zdrowy kolor, a to dzięki regenerowaniu się pokrywających je rzęsek. Obraz ruchomych wypustek na mięsie?! To taka ohyda, że od razu chce się zapalić. Równie obrzydliwe jest wyobrażenie sobie naszego wnętrza jako żywej oczyszczalni ścieków. Zadowoliłam się świadomością, że organizm stopniowo wraca do formy, i skupiłam się na zwykłych, odczuwalnych tego przejawach, które są bardzo miłe. Nie licząc wyrobienia sobie nieomal psiego węchu, naturalnie. Czyli po trzecie: nie sposób nie zorientować się, że po odstawieniu papierosów nasze zdrowie się polepsza.

4. Wdech, wydech

Objawem, o którym mówi się zawsze w kontekście rzucania palenia, jest zmniejszająca się zadyszka. Ta po pokonaniu schodów czy biegu do tramwaju. Sama poczułam, że oddycha mi się znacznie lżej, gdy pływałam. A pływać uwielbiam, więc dobrze zapamiętałam sobie uczucie lekkości i zwiększonej frajdy. Dlatego że – zaakcentowałabym to jako punkt czwarty – dawne przyjemności, które wiązały się z aktywnością fizyczną, stały się dla mnie jeszcze przyjemniejsze. I nie chciałam z niej zrezygnować niejako na własne życzenie. Z oddechem wiązało się też coś, z czego nie zdawałam sobie sprawy. Sapałam. Nie cały czas oczywiście, ale gdy w czasie pracy zamyślałam się i traciłam kontrolę. O co zresztą było łatwo, bo zanim wprowadzony został zakaz palenia w miejscu pracy, moje wyglądało jak biuro z „Mad Mana”. Palili niemal wszyscy i wszędzie, więc czułam się jak w raju. A jednak, kiedy mój dużo starszy kolega, z którym zajmujemy ten sam pokój, powiedział mi o moim sapaniu, zrobiło mi się przykro. Nie zdawałam sobie z tego sprawy. Trzydziestoparoletnia kobieta sapiąca jak staruszka? I bliscy mnie nie oświecili? No właśnie nie, pewnie dlatego, że sami palili i zazwyczaj nie byli świadkami roboczego zapomnienia. Ale do pracy i bliskich jeszcze wrócę.

5. Szaleństwo fizjologii

Było też oczywiście sporo nieprzyjemnych skutków odstawienia papierosów. Nie takich jednak, jak – znane mi tylko pośrednio – efekty odstawienia alkoholu i narkotyków. Jeden objaw fizjologiczny się powtarza: to nocne, zimne poty. U mnie trwały około dwóch miesięcy i choć oczywiście zakłócały sen, to były kolejnym dowodem na to, że trucizna opuszcza moje ciało. Że jednak nie towarzyszył temu żaden ból i działo się to latem, nie było aż tak uciążliwe. Kolejny skutek był natomiast dość zabawny. Oto byłam niemal cały czas głodna, a w każdym razie tak sygnalizował mi organizm – poprzez ssanie w żołądku. Ale w tym oszustwie zorientowałam się dość szybko: pewnego razu zjadłam obfite śniadanie, a już kwadrans po nim żołądek domagał się kolejnej porcji. Trwało to przez kilka tygodni. I tylko w przypadku tego objawu skorzystałam ze wspomagania Nicorette w tabletkach. Brałam je nie dlatego, że chciało mi się palić, lecz żeby bez sensu nie chciało mi się jeść. Innymi słowy: żeby nie zapychać głodu nikotynowego paluszkami, słodyczami, słonecznikiem i czym tam jeszcze. Po miesiącu ten objaw minął, niemniej – po piąte – trzeba się liczyć z atakami głodu i w razie potrzeby tego typu wspomagać się farmakologicznie.

6. Tycie po raz pierwszy

Przytyje się i tak, od naszej postawy zależy jednak, ile. U mnie poszło to najpierw błyskawicznie, skutkując mniej więcej dziesięcioma kilogramami i zmianą rozmiaru z 38 do 40. No nie ma zmiłuj. Ale też nie jestem już najmłodsza i w tamtym momencie miałam mnóstwo złych nawyków żywieniowych. Wcześniej jakoś nie rosłam wszerz, bardzo dużo i regularnie chodzę, nie z kijkami, tylko w rytm muzyki. I mimo że do chodzenia doszło bieganie, najdosłowniej nie było lekko przez mniej więcej półtora roku, kiedy to zanotowałam pierwszy spadek wagi o połowę tego, co mi przybyło. Kolejne dwa kilogramy pół roku później, a reszta po trzech latach. U osoby młodszej i drobniejszej nie musi to być jednak reguła. Pomijając zależność między odstawieniem papierosów i przybraniem na wadze, to przecież nie każdy palacz jest chudzielcem. Tak czy inaczej podkreślę, że warto uważać na jedzenie, zmienić pewne nawyki i wspomagać się ćwiczeniami. Ale, to punkt szósty, mimo wszystko liczyć się z tym, że nieco ciała nam przybędzie i – mając już tę wiedzę – uzbroić się w cierpliwość.

7. Koncentracja

Choć umiejętność pracy i koncentracji bez dymka to dla początkującego ekspalacza poważny problem, to – powiedzmy sobie szczerze – mało kto o nim myśli. W każdym razie myśli mniej niż o tyciu. A właśnie powinien, bo podjadanie to jeden z dyżurnych sposobów, by czymś zająć ręce. Otóż to: zająć ręce. Zastąpić dawny rytuał jakimś innym, który służyć będzie temu samemu celowi – skupieniu się na wykonywanym zadaniu. Oczywiście zadanie mechaniczne, polegające na powtarzaniu jakiejś znanej już czynności, najlepiej sprawdzi się jako zastępstwo dla palenia. Gorzej z taką pracą, która wymaga wymyślenia czegoś, opanowania napięcia, skorygowania czegoś trudnego i tym podobne. Cierpiałam, przyznaję. Przez jakiś czas było tak, jakbym czegoś, co robiłam od lat, musiała uczyć się od nowa. Rutynowe zadania nagle zabierały mi więcej czasu i energii, nie wiedziałam też, jak zapełnić przerwy między nimi. Oczywiście wszyscy znajdujący się w takim stadium łapią za drobne przekąski; też się chwytałam tego sposobu, ale wiadomo, że prowadzi to do tycia, które zwiększa frustrację i osłabia cierpliwość. Szczęśliwie dość szybko wpadłam na pomysł, żeby to, co robię zwykle na komputerze – pisać własny lub poprawiać cudzy tekst – robić ręcznie. Skuteczność tej metody koncentracji zwiększało to, że musiałam znów pisać czytelnie, bo na początku nie byłam w stanie odczytać własnych bazgrołów. W czasach większego napięcia przypomniałam sobie też o robieniu na drutach. Po siódme: pomocne jest w tym czasie pisanie ręczne, majsterkowanie czy robienie sałatek, które wymagają krojenia składników.

8. Ruchy, ruchy

W miejscu pracy, gdzie do zmiany był tylko sposób koncentracji, jak i sposób wypełniania dawnych przerw na papierosa, eksnałogowcowi jest łatwiej. Gorzej mi było w domu, na imprezie, w przerwie warsztatów, przed kinem i w korku. We wszystkich miejscach, które przez lata okadzałam. We wszystkich sytuacjach, które dawało się wytrzymać dzięki dymkowi. Weźmy takie sprzątanie, którego nigdy nie znosiłam, ale dzięki paleniu co kwadrans jakoś przez nie brnęłam. O ile, też po zapaleniu sobie, nie stwierdzałam, że może jednak poczekać do wielkich porządków w dniu wolnym, a po robocie należy się przede wszystkim zrelaksować. Rzecz jasna, zaległości w sprzątaniu rosły. Aż tu nagle, okazało się, że robienie porządków w szufladach bardzo skutecznie zapełnia pustkę w dłoni i pomaga rozładować napięcie. Co więcej, po miesiącu okazało się, że nie ma czego sprzątać, rzeczy znajdują się tam, gdzie się je położyło, i akcje „odgruzowywanie” przestały mieć sens. Sprzątanie trwało o połowę krócej. Wyglądało to w moim przypadku tak, jakbym wcześniej chciała zasłonić chmurą dymu chaos wokół siebie. I oczywiście wiem, że bałaganiarstwo to osobna przypadłość, ale wyleczenie się z niego stało się kolejnym nieprzewidzianym, a dobrym efektem wyjścia z nałogu, a takie zyski – po ósme – dodawały mi sił.

9. Czystość

O ile odkrycie, że z powodu zanieczyszczonych płuc sapię, było dla mnie straszliwie nieprzyjemne, o tyle nie przeszkadzały mi specjalnie przesiąknięte dymem ubrania. Ani mnie, ani innym, bo większość z nich prałam po jednym założeniu. Nigdy nie czułam, że śmierdzą. Inni tego też ponoć nie czuli. Zdarzało mi się jednak wyczuwać swąd na rękach i włosach. Dziś wzdragam się na wspomnienie jazdy pociągiem w zadymionym, małym przedziale i z brudnymi, śmierdzącymi dłońmi, których nie dało się domyć w pociągowej toalecie. Teraz jednak wydaje mi się, że tak jak do przesiąkniętego papierosami domu, po prostu się do tego przyzwyczaiłam. Na szczęście nie ma już po tym śladu. Inaczej jednak wygląda moja tolerancja na dym. A właściwie typowa dla ekspalaczy z przynajmniej kilkumiesięcznym stażem nietolerancja na zadymione pomieszczenia. Na szczęście czasy mamy takie, że trudno znaleźć takie pomieszczenie, co także działa na korzyść kogoś, kto chce wytrwać w niepaleniu. Oczyściła mi się także cera. I odzyskała zdrowy koloryt, co skutecznie odwracało uwagę od poszerzonej talii, dlatego to właśnie zapisałabym jako dziewiątą rzecz do zapamiętania.

10. Jeszcze o tyciu

bab, także i mnie od rozstania się z nałogiem powstrzymywał strach przed przytyciem. Tym silniejszy, że przez lata palenia mój rozmiar, 38, praktycznie się nie zmieniał. Mając metr siedemdziesiąt trzy wzrostu i proporcjonalną figurę, nie próbowałam jakoś specjalnie zbijać wagi, a jedynie ją utrzymywać. Przez wiele lat nie musiałam w tym celu robić nic, ale jakieś sześć czy siedem lat temu polubiłam regularne chodzenie. Trzymałam więc formę jak nieprzepadające ponoć za większym wysiłkiem Francuzki. Gdy więc po odstawieniu papierosów zaczęłam nabierać ciała, zwiększyłam ilość spacerów. Niestety, pomogło tylko o tyle, że po nabraniu w błyskawicznym tempie około ośmiu kilogramów stanęłam w miejscu. Początkowo niewiele pomogło odstawienie cukru, zwłaszcza słodkich soków, które zastąpiłam wodą (fakt, nagle zaczęła mi smakować) oraz bieganie, które zaczęłam regularnie uprawiać. Nie pomogło też odstawienie fast foodów oraz pilnowanie się ze słonymi przekąskami. Jak stanęłam na rozmiarze 40, tak stałam, cierpiąc z powodu marnujących się kilkunastu par spodni. Cierpiałam srodze, ale i nie traciłam nadziei, dlatego kupiłam ledwie dwie pary szerszych spodni i bodaj kilka większych swetrów. Poza tym używałam tych starych rzeczy, w które się mieściłam, mimo że nie leżały tak dobrze jak wcześniej. Nie czułam się dobrze w swoim ciele, nie czułam się dobrze z zawieszeniem na kołku zainteresowania modą. Mimo wszystko biegałam i choć na cielesne korzyści, jakie to przyniosło, musiałam trochę poczekać, dzięki uprawianiu sportu bardzo wzmocniłam się psychicznie. By zakończyć ten wątek, dodam tylko, że pierwszy spadek wagi przyszedł po roku, a kolejne kilogramy traciłam co parę miesięcy. Wróciłam do swojego rozmiaru, ale nie do swojej sylwetki. Na dzisiejszej widać delikatną muskulaturę. Tak czy inaczej, po dziesiąte, nadprogramowe kilogramy u ekspalacza nie muszą z nim zostawać na zawsze.

11. Nowy nałóg

dlatego, żeby utrzymać formę fizyczną. Jak już napisałam, regularne przebieżki pomagają mi osiągnąć spokój i dystans na co dzień. Bywa jednak, że biegam nadprogramowo, by rozładować naprawdę wielkie napięcia. Takie jak choroba i śmierć bliskiej mi osoby – ciężkie przeżycie, które dla mnóstwa ludzi mogłoby stać się powodem, by wrócić do nałogu. Byłam już jednak na tyle silna, że biegałam już wyłącznie dlatego, żeby jakoś to znieść i zachować siły oraz zdolność podejmowania decyzji. Nie wykluczam jednak, że mogłam ulec pokusie. Dramatyczne, ale nieuniknione wydarzenie uznałam za najważniejszy dla siebie sprawdzian. Zrozumiałam, że jeśli przetrwam tę wojnę nerwów, to problemy mniejszego kalibru mnie nie złamią. I tak jest: przetrwałam spokojnie choćby utratę wieloletniego zlecenia, zapewne dlatego, że natychmiast po decydującej, przykrej rozmowie przebrałam się i ruszyłam do parku, gdzie krążyłam tak długo, aż poczułam spadek napięcia. Naturalnie, nie działa to od razu, nieprzyjemne uczucia, dawniej prowokujące do zapalenia sobie, wracają, ale już nie z takim natężeniem, by nie dało się ich znieść czy na przykład odespać. W każdym razie – odreagować w zdrowy sposób. Po jedenaste: sport, niekoniecznie bieganie czy coś wyczerpującego, ale jakaś forma ruchu, którą się polubi, nie tylko zrobi porządek z metabolizmem, lecz także z psychiką.

12. Jeden za drugim... we śnie

Sny, w których znów stawałam się palaczką, przyśniły mi się rzadko. Ze trzy-cztery razy, z czego dwa w pierwszych miesiącach po rzuceniu papierosów. Co ciekawe, ta senna wizja była długa, a ja przyglądałam się jej i analizowałam swoje emocje. Na początku było to rozczarowanie, że poległam, znacznie później kozackie przekonanie, że po wypaleniu całej paczki znów dam sobie spokój. Oczywiście ten ostatni sen odebrałam jako koszmarny i uspokoiłam się dopiero, gdy w powietrzu wyczułam tylko zapach płynu do płukania tkanin, którym pachniała pościel. Tak, zdarzało mi się palić także w łóżku… Senne rozczarowanie samą sobą było tak silne, że starałam się je od czasu do czasu przywoływać. Nie dlatego, że mnie kusiło spróbowanie, co się stanie, gdy zrobię ustępstwo dla jednego dymka. Nie kusiło, choć moja ostatnia paczka leżała w domu przez trzy miesiące, fakt – w szafce, a nie za szybką do stłuczenia w razie awarii, nie chodziło przecież o torturowanie samej siebie. Poczucie rozczarowania i niechęci do palenia zastąpiło obrazy, które wracały. Te przyjemne: zapalenia sobie po fajnym filmie, na koncercie plenerowym, poznania kogoś w palarni. Ale też obrazy, w których papieros łączył się z pracą lub odpoczynkiem po niej. Te ostatnie długo trzymały się w pamięci, jednak i one się zatarły, zostały wyparte przez obrazy bez zasłony dymnej. Po dwunaste więc, warto zatrzymać się w myślach nad sytuacjami, które wiązały się z papierosami, i powiedzieć sobie w duchu, że już nie muszą.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij