Jak pandemia wpłynęła na naszą dietę i wybory kulinarne?

Czy jesteśmy już na stypie po pogrzebie gotowych dań? Wydaje się, że żałoba jest nieco przedwczesna, choć covidowe ograniczenia sporo namieszały w branży. Sprawdźmy, jak zmieniły się nasze żywieniowe nawyki w trakcie i po pandemii.

pandemia a jedzenie fot. Shutterstock.com

Czas lockdownów i kwarantanny mamy już (odpukać!) za sobą, ale ich społeczne skutki jeszcze długo będą przedmiotem licznych naukowych badań. Trudno się dziwić: było to wydarzenie bez precedensu w historii świata, w dodatku nikt nie był na nie przygotowany. Zresztą, jak niby przygotować się na coś takiego?

 

Nawet dla freelancerów i freelancerek, przyzwyczajonych przecież do home office i zdalnej pracy, ten okres był trudny do przetrwania. Co dopiero mówić o zwykłych „etatowcach”, wyrwanych nagle z kieratu codziennych schematów i wrzuconych w cztery ściany swoich mieszkań. W przymusowej izolacji połączył nas wszystkich stres, za którym stały: lęk o zdrowie – swoje i bliskich – obniżki pensji, lęk o utratę pracy, nagła zmiana sytuacji życiowej, brak poczucia bezpieczeństwa, czyli, najogólniej mówiąc, dołująca niepewność jutra. To i wszystko inne nie mogło nie zainfekować (żeby już trzymać się pandemijnej terminologii) wszystkich dziedzin naszego życia. Nawet tych najbardziej osobistych: od naszego życia seksualnego po zawartość naszych talerzy. Rzućmy okiem na te ostatnie, czy coś się zmieniło. 

Śmierć pana kanapki?

Lockdowny i izolacja, mimo wprowadzanych przez rządy na całym świecie różnych tarcz ochronnych i dopłat, pochłonęły ogromną liczbę biznesowych ofiar. Wszystkie praktycznie sektory gospodarki odnotowały spadki, ale ten najbardziej spektakularny i widzialny gołym okiem przez wszystkim dotyczył branży HoReCa (ang. Hotel, Restaurant, Catering/Café). Zamknięte dla klientów knajpy próbowały ratować się sprzedażą na wynos i dostawami do domu, ale dla firm stricte cateringowych, różnych Pań i Panów Kanapek, dostarczających jedzenie do biur, czas pandemii to był prawdziwy armagedon. 28 jak niby przygotować się na coś takiego? Wiele firm straciło z dnia na dzień 95% (lub nawet 100%) swoich przychodów i albo zbankrutowało, albo stara się do dziś odzyskać utraconych klientów i rynek. Specjaliści jednak są w jednym wyjątkowo zgodni: powrót do przedpandemijnej rzeczywistości zajmie wiele lat – o ile będzie w ogóle możliwy – i trzeba znaleźć inne sposoby zdobywania klientów. Np. firma Dailyfruits, która stoi za popularnym korporacyjnym zwyczajem „owocowych czwartków”, dostarcza do biur skrzynki ze świeżymi owocami i warzywami. Z oddziałami w Warszawie, Krakowie, Szczecinie, Wrocławiu, Lublinie, Rzeszowie i Poznaniu jest największym tego typu przedsiębiorstwem w kraju. W większości przypadków dostawy są opłacane przez zarządy firm i traktowane jako bonus dla pracowników, podobnie jak karnety do siłowni. Innym nowym pomysłem Dailyfruits jest wspólne gotowanie z pracownikami. Każdy z uczestników takiego eventu dostaje do domu gotowy zestaw produktów, np. składniki na zdrową zupę, i za pośrednictwem aplikacji Teams zespół gotuje na żywo wedle instrukcji zaproszonego na wydarzenie znanego kucharza. Praca zdalna – wcześniej wymuszona zewnętrznymi okolicznościami – najprawdopodobniej wejdzie na stałe do kontraktów pracowniczych, a pracodawcy staną się bardziej otwarci na elastyczne godziny pracy, jednak na pewno nie w pełnym zakresie.

W ankiecie EY Polska, przeprowadzonej wśród 246 przedsiębiorców (87% z nich zatrudnia ponad 200 osób), żaden z nich nie planuje pracować w pełni zdalnie. To daje nadzieję branży cateringowej, ale też mobilizuje do nowych pomysłów. Ostatnio testowane są na przykład „stołówkomaty”, bo kto powiedział, że automaty mogą podawać tylko napoje i batony? W menu między innymi pomidorowa, ogórkowa, gulaszowa, barszcz ukraiński, schabowy, mielony, spaghetti bolońskie, pulpety, więc na bogato. Nie będziemy się wymądrzać, bo nie próbowaliśmy, ale pewnego sceptycyzmu nie możemy się pozbyć.

Pandemijna Zosia Samosia

Bardzo dużo sondażowni postanowiło przyjrzeć się naszej diecie w trakcie i po pandemii. W trakcie izolacji sondaże robione były z przyczyn oczywistych telefonicznie lub internetowo, po pandemii już częściej przez ankieterów, jednak ogólne wyniki i konkluzje są bardzo do siebie zbliżone. Przede wszystkim czas izolacji sprzyjał kulinarnym poczynaniom Polaków: aż 38,3% Polaków gotowało więcej niż przed pandemią. Jako motywację najczęściej wskazywano większą ilość czasu, chęć poznawania nowych potraw, zamknięcie restauracji, możliwość zaplanowania posiłków z wyprzedzeniem oraz chęć bycia zdrowszym. Prawie 14% ankietowanych przyznało, że samodzielne gotowanie miało na nich pozytywny, terapeutyczny wpływ, a ponad 28% respondentów zadeklarowało, że w czasie izolacji nauczyło się gotować lub udoskonaliło swoje umiejętności kulinarne.

Inną fajną sprawą, która wróciła do nas za sprawą pandemii, było wspólne jadanie posiłków: prawie 70% respondentów jadało z bliskimi przynajmniej jeden posiłek dziennie, a przed czasem izolacji taka sytuacja miała miejsce w 54,4%. Miejmy nadzieję, że te doświadczenia zostaną z nami na dłużej, bo zawsze twierdziliśmy, że gotowanie i wspólne biesiadowanie są super. Ciekawe wyniki przynosi samoocena zjadanych posiłków. W badaniu firmy Upfield 38,9% odpowiadających uważa, że w izolacji jadła zdrowiej niż przed nią, rozumiejąc przez to jedzenie więcej warzyw (75,6%), owoców (49,9%), nieprzetworzonych produków (43,2%), ziaren i nasion (42,8%), produktów będących źródłem kwasów tłuszczowych omega-3 (26,5%) oraz tych pochodzenia roślinnego (16,2%). Do zdrowych nawyków należy też dodać regularność zjadanych posiłków (46,3%). Trudno do końca ocenić, czy ta samoocena jest realna czy też jest wynikiem nisko zawieszonej poprzeczki (skoro nie jem fast foodów z Maca, to znaczy, że jem zdrowo), ale faktem jest, że odróżniamy się na tle Europy.

Te same badania przeprowadzono w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Holandii. Pokazują one dużo niższy odsetek „jedzących zdrowiej”, „jedzących więcej warzyw” niż w naszych deklaracjach. To mógłby być powód do dumy, gdyby nie fakt, że mimo „zdrowego jedzenia” 40% z nas przybrało w pandemii średnio 5,7 kg (w Niemczech 6,5 kg), ponieważ dietetycznym wyborom – nawet najlepszym – nie towarzyszyła aktywność fizyczna. Co nas natomiast mniej więcej procentowo zrównuje z mieszkańcami tamtych krajów, to jadanie posiłków z bliskimi w trakcie izolacji i przygotowywanie ich od podstaw. To ostatnie zresztą, czyli gotowanie w domu od podstaw, jest – obok jedzenia zdrowiej – najczęściej wskazywane w odpowiedzi, które z nawyków kontynuujesz po zakończeniu izolacji. Tu też dłonie składają się do oklasków, bo gotowanie „od zera” pozwala mieć kontrolę nad tym, co jemy, bez ryzyka dodatków niespodzianek, konserwantów, polepszaczy etc. Ciekawe jednak, ile osób naprawdę to robi, bo deklaracje deklaracjami, a rzeczywistość swoje. Najnowszy raport „Handel produktami food-to-go w Polsce 2022” pokazuje, że sprzedaż dań gotowych do spożycia (nie wliczając mrożonek) ma się u nas świetnie i będzie rosła: według prognoz, średniorocznie o 7%. (Już teraz wartość rynku wyceniana jest na 2,6 mld zł). Największych amatorów dań garmażeryjnych (krokietów, naleśników, pierogów, klusek, gołąbków czy kopytek), gotowych zestawów obiadowych czy zup lub zup-kremów do odgrzania znajdujemy w grupie wiekowej 25-34 lata, bardziej w większych miastach niż w mniejszych i mniej więcej z równym podziałem na obie płcie. Brzmi znajomo? Jak widać, trudno o jednoznaczne wnioski, jaki wpływ miała pandemia na nasze nawyki żywieniowe i trochę za wcześnie jest prognozować, czy te zmiany zostaną z nami na dłużej. A o niektóre zdecydowanie warto powalczyć, bo, jak wynika z monitoringu Federacji Polskich Banków Żywności, izolacja i kwarantanny sprawiły, że marnujemy mniej żywności niż wcześniej. I tego się trzymajmy!

Złoty środek

Wydaje się więc, że doniesienia o śmierci branży cateringowej i jedzenia na wynos są nieco przedwczesne, a z drugiej strony pandemijna izolacja pokazała nam, że samodzielne pichcenie w kuchni może dawać satysfakcję i fun. Co więcej, wzmocniła przekonanie, że posiłki własnoręcznie przygotowywane od podstaw są zdrowsze od tych gotowych, kupowanych na wynos (co nie zawsze zresztą musi być prawdą). Tak czy owak jesteśmy trochę rozdarci między marzeniami o zdrowej, pełnowartościowej diecie a rzeczywistością, w której znowu zjada się gotowe sałatki lub kanapki na pospieszne lunche. Pora znaleźć złoty środek, żeby trochę urealnić marzenia.

Kiedy przygotowujesz swój lunch-box w domu, ale też gdy kupujesz gotowe danie, zwracaj uwagę, żeby makaron, ryż czy inne zboża były pełnoziarniste – dotyczy to również pieczywa do kanapek. Załatwisz w ten sposób sprawę błonnika, który jest świetnym pokarmem dla drobnoustrojów jelitowych i doskonale utrzymuje poziom cukru we krwi, a wraz z nimi energii. Do sałat (także tych gotowych) dodawaj ugotowaną pierś z kurczaka, wędzoną makrelę lub tuńczyka z puszki, by dostarczyć białko, a jeśli bazujesz na roślinach, ugotowaną soczewicę, ciecierzycę z puszki lub pokruszone tofu. W obu przypadkach unikaj gotowych, sztucznych dressingów, tym bardziej że zrobienie własnego z oliwy, musztardy i soku z cytryny zabierze Ci 3 minuty. Nie wahaj się ze wzbogacaniem gotowych dań: sałaty skrapiaj oliwą extra vergine, posypuj nasionami i ziołami, a zupom na pewno nie zaszkodzi garść szpinaku, mrożonego groszku lub fasola z puszki. Również dodanie odsączonej, kiszonej kapusty zmieni każdego, zwykłego tosta lub kanapkę w prozdrowotne narzędzie. Jeżeli wyniki badań podają prawdę, nabraliśmy w pandemii kulinarnej odwagi, nie bójmy się więc jej na co dzień.

Zobacz również:
REKLAMA