Olejki - czy naprawdę działają?

Przebadane w laboratoriach, obiecują rezultaty co najmniej tak dobre, jak Twoje ulubione serum. Czy naprawdę działają?

Olejki fot. shutterstock.com

Dobrze współpracują z innymi kosmetykami, efektywnie koją suchą skórę, a ponieważ w składzie nie mają wody, nie potrzebują konserwantów, by zachować świeżość. Jak więc mogłyby nie być uwielbiane przez współczesne konsumentki rynku beauty? I choć cała branża zaliczyła w 2020 covidowy kryzys, to właśnie olejki klasy premium (czytaj: te powyżej stu złotych) podskoczyły z wynikami sprzedaży o 29%. Po części jest to spowodowane lockdownowym hypem na domowe spa, które bez olejków obejść się nie może. Ale ważne było też wyodrębnienie się nowej kategorii spośród złotych eliksirów – kolejne marki zaczęły nęcić nas zaawansowanym technologicznie produktem, który nazwali „serum w olejku”. Olejki w kosmetyce dotąd miały dość prostą funkcję: przypominając swoim składem naturalny płaszcz lipidowy skóry, znakomicie go uszczelniały, zapobiegając nadmiernej utracie wody. Jednak te nowej generacji potrafią dużo więcej, niż tylko przeciwdziałać przesuszeniu naskórka. Produkty te obiecują łączyć naturę z nauką, tworząc w efekcie mieszanki, skutecznością dorównujące laboratoryjnym składnikom dotąd umieszczanym w serach na bazie wody. Ale czy botaniczny olejek ma szansę pobudzić skórę równie mocno, jak precyzyjnie dawkowany retinol?

REKLAMA

SPRAWDŹ: Taping twarzy - kinesiotaping estetyczny twarzy sposobem na młodszy wygląd

Strażnicy urody

Olejki roślinne są naturalnym, nieprzetworzonym pokarmem dla skóry. „Ich kluczową zaletą jest zawartość kwasów tłuszczowych omega – mówi Georgie Cleeve, założycielka marki Oskia Skincare. – A ponieważ bariera lipidowa skóry jest w dużej mierze zbudowana właśnie z kwasów tłuszczowych, dodanie kolejnej ich warstwy uzupełnia luki w ochronie. Proporcje między poszczególnymi kwasami (omega-3, -6 i -9) wpływają na »ciężkość« różnych olejów. Stworzenie mieszanki odpowiedniej do danego typu cery wymaga miesięcy badań i testów”. Georgie zwraca jednak przy tym uwagę na moment, w którym wiele z nas daje się oszukać. „Omega to omega. Jeżeli zależy nam tylko na wzmocnieniu bariery lipidowej skóry, wystarczy bazowa mieszanka złożona z tanich olejków – z oliwek, ryżu i awokado – uzupełniona małą zawartością droższego ekstraktu, na przykład cacaya. Nie ma jednak sensu za taki kosmetyk płacić jak za złoto. Zdarzało mi się widywać ładnie zapakowane mieszanki o 50-80-procentowej zawartości tanich olejów w cenie 90 funtów za buteleczkę. Obłęd”.

Więc za co właściwie mamy płacić, wybierając olejki z wyższej półki? Poza kwasami tłuszczowymi czyste olejki roślinne mogą oferować naszej skórze także witaminy oraz antyoksydanty, przeciwdziałające widocznym efektom stresującego trybu życia czy zanieczyszczeń środowiska. Jednak efektywność tych substancji zależy w dużej mierze od sposobu pozyskiwania oraz dalszej ob- róbki roślin, z których są czerpane. I choć istnieją olejowe ekstrakty botaniczne naturalnie bogate w pobudzające skórę cząsteczki (np. olejek różany zawiera kwas retinowy, a rokitnikowy aktywną formę witaminy C), to jak dotąd nie dało się precyzyjnie określić, ile tych substancji w nich znajdziemy – ani przed, ani po obróbce. Sprawiało to, że dotąd trudno było traktować naturalne olejki roślinne jako konkurencję dla przeciwstarzeniowych klinicznych bohaterów, jak niacynamid czy retinol. Ale sytuacja uległa zmianie.

Dobry wycisk

Przybierający na sile trend eko wymusił na rynku beauty konkretne działania, skoncentrowane na pozyskaniu aktywnych składników z naturalnego środowiska – w sposób precyzyjny, bezpieczny i zrównoważony. Koncentracja cząsteczek ma być klinicznie zmierzona oraz przebadana. Tak wysokie standardy pozyskiwania były konieczne, by wynieść olejki do statusu „serum”. „Nie wystarczy kupić ekologicznego czy organicznego kosmetyku, by mieć pewność, że zadziała na konkretny problem skórny” – mówi Paul Berrow, CEO marki kosmetycznej 320MHz. Zaznacza, że aby stworzyć skuteczny produkt naturalny, trzeba w niego włożyć miesiące badań klinicznych z wykorzystaniem zaawansowanych technologicznie procesów, które wymagają naprawdę dużych inwestycji i naukowego rygoru. To nie jest chałupnicza robota. Wyekstrahowanie z roślin olejków oraz aktywnych cząsteczek bez naruszenia struktury tych związków to zadanie dla specjalistów.

„Nie stosujemy przemysłowych rozpuszczalników, nie używamy też wysokiej temperatury w procesie tłoczenia oleju – mówi Joanna Ryglewicz, założycielka polskiej marki Oio Lab. – Choć te powszechnie używane metody zapewniają bardzo dużą ilość produktu, ich agresywne działa- nie może zniszczyć obecne w roślinie witaminy oraz inne cenne związki”. Wydajność ekstrakcji rozpuszczalnikowej sięga 95%, ale metoda wymaga na koniec odseparowania rozpuszczalnika, który i tak zawsze pozostawi jakieś zanieczyszczenia chemiczne. W dodatku użycie rozpuszczalników ma negatywny wpływ na środowisko przez generowanie ścieków i emisję lotnych związków organicznych. Rozwiązanie? Jest ich nawet kilka. Co prawda są bardziej pracochłonne i dostarczają mniej produktu, ale nie naruszają jego naturalnego składu.

  1. Tłoczenie na zimno polega na powolnym mieleniu nasion czy owoców lub nakłuwaniu łupiny w celu pozyskania olejku.
  2. Wraz z destylacją parową, prócz pary wodnej, wykorzystuje się też technikę ekstrakcji enzymatycznej – metody opierającej się na wykorzystaniu odpowiednio dobranych enzymów do pozyskania ekstraktu. Jest to proces biologiczny, więc produkt ekstrakcji jest w 100% naturalny.
  3. Zwieńczeniem wysiłków naukowców jest metoda, zwana ekstrakcją nadkrytyczną CO2, która przy pomocy dwutlenku węgla umożliwia pozyskanie idealnie czystych mikrobiologicznie wyciągów roślinnych bez szkody dla środowiska.

ZOBACZ: Szczotkowanie ciała na sucho

REKLAMA

REKLAMA

O co ten cały zamęt?

Dotąd składniki bioaktywne (jak witaminy, probiotyki, przeciwutleniacze) były niemal wyłącznie rozpuszczalne w wodzie, dlatego to oparta na wodzie formuła kremu lub serum mogła nieść w sobie koktajl cząsteczek realnie oddziałujący na skórę. Problem w tym, że roztwory wodne (w przeciwieństwie do olejków) wymagają konserwantów, by nie rozwijały się w nich bakterie. I choć współczesne konserwanty są dokładnie przebadane i bezpieczne, jednak dla ekoascetów są najgorszym złem. Siła olejków polega na tym, że wystarczy nie ingerować w ich naturalną moc i po prostu pozwolić im robić swoje. Ale można też próbować jeszcze ulepszyć cuda natury. Jednym ze sposobów jest poddanie olejku procesowi fermentacji, który zmniejsza jego cząsteczki, pozwalając penetrować skórę szybciej i głębiej. Można również wzbogacić wysokiej jakości olejek bazowy o dodatkowe składniki aktywne: naturalne bądź syntetyczne. „Decydujemy się na syntetyczne składniki, kiedy ich unikatowych właściwości nie da się znaleźć w naturze” – mówi Ryglewicz. Jednym ze składników syntetycznych przewyższających skutecznością swój naturalny odpowiednik jest ascorbyl tetraisopalmitate, czyli aktywna forma witaminy C. Ale jest ich więcej. Czy działają lepiej niż zatopione w wodnym serum? Niekoniecznie. Najnowsze olejki mogą być świetnym, w pełni naturalnym zamiennikiem serów na bazie wody, ale jeżeli ta formuła nie sprawdza się na Twojej skórze, nic nie tracisz. Lekka, wodna emulsja ze składnikami aktywnymi, o ile jest dobrej jakości i została przetestowana klinicznie, będzie działała równie skutecznie.

ZOBACZ TEŻ: 5 rytuałów, które dodadzą Twojej skórze blasku

Zobacz również:
Biustu nie trzeba powiększać czy pomniejszać skalpelem, żeby mógł wyglądać lepiej. Odpowiednie ćwiczenia pozwolą Ci zadbać o lepszy wygląd klatki piersiowej i całej sylwetki. 
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA