REKLAMA

Polskie produkty, które warto kupować [dobre, bo polskie]

A gdyby tak kupować produkty robione bliżej, bez kosztownego ekologicznie transportu? Sprawdź, co masz pod ręką, i postaw na polskie.

zakupy fot. Shutterstock.com

Lista obciążeń dla środowiska, wynikająca z transportu towarów, jest dłuższa niż książki Katarzyny Bondy. Te przemierzające tysiące kilometrów niezliczone statki, samoloty, pociągi i ciężarówki naprawdę mogą odbierać apetyt. Może warto przemyśleć lokalne zakupy, tym bardziej że pandemiczna recesja każe rozumowi stawiać na lokalnych producentów i lokalny rynek.

Minikiwi

Kiwi jest symbolem Nowej Zelandii, która zresztą wcale nie jest ich ojczyzną, ale to właśnie tam, na początku XX wieku, zaczęto je hodować na skalę przemysłową. Faktycznie kiwi pochodzi z Azji – ma nawet swoją biologiczną nazwę, która wskazuje prawdziwych rodziców: „agrest chiński” – więc, jak widać, pełna egzotyka. I tu na scenę wkraczają, cali na biało, naukowcy ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, którzy wyhodowali naszą odmianę minikiwi i nazwali ją – nomen omen – Bingo. Te prawdziwe superfoods nie dość, że mają wszystkie zdrowotne zalety oryginału, to jeszcze gładką skórkę i wielkość winogrona, więc można je garściami zajadać. Polskim zagłębiem minikiwiowym są Chobienice w Wielkopolsce, a potentatem w hodowli firma MiniKiwi Farm, za którą trzymamy kciuki. A same owoce można kupić w sieci lub np. w Lidlu.

Wino

Mimo że Polska słynie raczej z mocnych alkoholi, wódek i nalewek, to tradycje uprawiania winorośli sięgają u nas XII wieku. Nacjonalizacja przemysłu monopolowego za komuny zabiła prywatne winiarstwo, które dopiero od 30 lat zaczyna się odradzać. W ewidencji firm wytwarzających wino w Polsce wpisanych jest ponad 200 producentów, ale specjaliści twierdzą, że spokojnie można podwoić tę liczbę, doliczając niezarejestrowane, małe, ekologiczne winnice. Oczywiście z winami jest być może tak jak ze słynnymi trawnikami na Wimbledonie: same rosną, tylko trzeba je regularnie podlewać i kosić przez 100 lat. Skoro jednak Niemcy z klimatem zbliżonym do naszego mogą robić wybitne białe wina, to dlaczego my nie mielibyśmy? W sieci można znaleźć mapę polskich winnic – wyszukajcie najbliższą i wybierzcie się na degustację. To może być początek pięknej przyjaźni.

Topinambur

Słonecznik bulwiasty, czyli właśnie topinambur, pochodzi z Ameryki Północnej, gdzie do dzisiaj dziko rośnie. W Polsce pojawił się już około 1730 roku, ale koleje losu miał zmienne. Najpierw go jedliśmy, potem został paszą, a do łask powrócił w czasie II wojny światowej, gdy okazało się, że świetnie zastępuje ziemniaki (skądinąd ma więcej od nich wit. B1 i żelaza). Po wojnie znowu o nim zapomniano, a od niedawna powraca w chwale dzięki modzie na wegeterianizm i ekohipsterom. I bardzo dobrze, bo obniża poziom cukru we krwi i cholesterol, reguluje ciśnienie i ma działanie przeciwnowotworowe. Do tego obłędny, lekko orzechowy smak. Gospodarstwo rolne Topinambur z Józefowa w Wielkopolsce jest jednym z ok. 150 producentów tego warzywa w Polsce i choć nie ma problemów ze zbytem, to import jest poważną konkurencją. W sklepie lub na targu warto dopytać, skąd pochodzi nasz topinambur i wybrać ten polski – Albik.

Soczewica

To jedna z najstarszych roślin strączkowych, uprawiana już w neolicie. Teraz 80% światowego rynku należy do Kanady, Indii, Turcji i USA, a w Europie rządzą Hiszpania i Francja. W Polsce traktowana jest raczej jako uprawa alternatywna, co nie znaczy, że nie mamy tutaj sukcesów. Udało się nam np. wyhodować polskie odmiany soczewicy – Tina, Anita i Izka – które zostały wpisane do Rejestru Oryginalnych Odmian Warzywnych. Ale obsiewamy oczywiście też inne odmiany. Sprawdź na stronie polskikoszyk.pl.

ZOBACZ TEŻ: Układ odpornościowy - co jeść, żeby nie chorować?

REKLAMA

REKLAMA

łosoś fot. Shutterstock.com

Łosoś

Ta ryba nieraz pojawiała się w WH, bo faktycznie trudno nie doceniać jej zdrowotnych dobrodziejstw. Zwłaszcza ilość i różnorodność jedno- i wielonienasyconych kwasów tłuszczowych robi wrażenie na dietetykach oraz smakoszach, bo wiadomo, że sekret smaku skrywa się za tłuszczem. Żeby jednak nie było za pięknie, to łosoś – zwłaszcza ten hodowlany – ma nadzwyczajną skłonność do wchłaniania toksyn, metali ciężkich i innych świństw, które znajdą się w wodzie. Dlatego tak ważne jest, w jaki sposób ryba jest hodowana, i tu jesteśmy w domu. Polska firma Jurassic Salmon z Janowa używa na swojej farmie wody geotermalnej z okresu dolnej jury (czyli, bagatela, sprzed jakichś 150 mln lat), mikrobiologicznie bezpiecznej i pełnej naturalnych makroelementów. Woda z własnych studni o głębokości 12 245 m p.p.m. (z inną łososie nie mają kontaktu) pozwala uniknąć prewencyjnych szczepień ryb i pasożytów. Sama natura!

Camembert

Rok w rok we Francji trafia do sklepów ponad 360 milionów krążków samego camemberta (a to tylko jeden z ponad 300 rodzajów francuskiego sera!), ale zaledwie 1% z nich jest prawdziwym camembertem. Tzn. robionym z niepasteryzowanego mleka krów rasy normandzkiej zgodnie z recepturą z 1791 roku, bo tylko taki uznawany jest za oryginalny. Szansa, że na niego właśnie trafisz, nie jest więc zbyt duża, a cała reszta produkowanych francuskich camembertów niewiele się będzie różnić od tych produkowanych w Polsce. Dowodem na to, że Francuzi stracili królewskie berło w produkcji serów, jest też fakt, że w konkursie na najlepszy camembert na świecie zdążyli już zwyciężyć Australijczycy, dwa razy Niemcy, a niedawno (koniec świata jest bliski!) Kanadyjczycy. Dlatego gdy natkniesz się na camembert (albo brie, bo też robią) z etykietą Mleczarnia „Turek” – kupuj śmiało.

Miód

Witajcie w krainie miodem i mlekiem płynącej, bo Polska jest znaczącym producentem obydwu. Jednak tylko połowa miodu na rynku pochodzi od polskich pszczelarzy – ta druga jest importowana z Unii. To niezrozumiałe, bo różnorodność i jakość polskich miodów potwierdzona jest opiniami wszystkich specjalistów – także tych z UE. W dodatku napis na opakowaniu (często spotykany): „Mieszanka miodów pochodzących z UE i niepochodzących z UE” wskazuje, że większość miodu w słoiku została wyprodukowana w krajach azjatyckich, w których stosowanie antybiotyków jest normą. Nie wspominając już o innych substancjach, które tam są dozwolone, a u nas nie. Krótko mówiąc, diabli wiedzą, co jest w środku, i całą prozdrowotną magię miodu trafia jasny szlag. Warto wiedzieć, że koszt wyprodukowania u nas 1 kg dobrego miodu waha się od kilkunastu do 20 zł, więc okazyjnie tani słoik na pewno pochodzi z importu lub jest gorszej jakości. Czytaj etykiety!

Chia

O szałwii hiszpańskiej napisano w ostatnich latach tyle laurek, że chyba nie ma sensu się powtarzać. Dość powiedzieć, że na Instagramie nasiona chia zrównały się obecnością z awokado – a to już jest wynik. Nie da się zaprzeczyć, że są superzdrowe (kwasów omega-3 mają więcej niż ich naturalny tankowiec, łosoś atlantycki) i z tego właśnie powodu trafiły na naszą listę. Niestety, w Polsce nie uprawia się jej przemysłowo i wszystkie nasiona, którymi posypujemy nasze dania, przypłynęły do nas z Meksyku, Paragwaju czy Boliwii. Jeżeli Twoje serce ekologa właśnie zadrżało, mamy rozwiązanie: posadź chia w doniczce na parapecie. Na początek możesz zacząć od 3 nasion; włóż je do ziemi lub włókna kokosowego (nie mocz ich wcześniej w wodzie), podlewaj i spoglądaj czule. Kiedy podrośnie i pojawią się kwiaty i owoce, zbierz je i wyłuskaj nasiona. Trochę zabawy z tym jest, ale powinnaś uzyskać ok. 150 nasion. Chcesz więcej? Posadź więcej.

Siemię lniane

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu byliśmy światową potęgą w produkcji lnu – obsiewaliśmy nim ponad 130 tysięcy hektarów! Potem przyszły chude lata i na podium wysunęły się Kanada, Indie, Argentyna i USA. Teraz obsiewamy 10 tysięcy skromnych hektarów i – choć tendencja jest zwyżkowa – to do odbudowania dawnej świetności jeszcze daleko. Warto jednak do tego dzieła przyłożyć rękę, bo siemię lniane to prawdziwy skarb, którego nie musimy ściągać zza oceanu. Siemię lniane uprawiano już 3000 lat temu w starożytnym Egipcie, Babilonie i Chinach i już wtedy doceniano jego zdrowotne zalety. Te małe, płaskie nasionka lnu zawierają lignany (bioaktywne związki o działaniu antyoksydacyjnym), które redukują ryzyko choroby wieńcowej i miażdżycy oraz regulują pracę układu hormonalnego. Mogą też zmniejszać prawdopodobieństwo raka piersi i jajników, obniżają poziom „złego” cholesterolu i chronią przed osteoporozą. Siemię jest najbogatszym źródłem lignanów i zawiera ich kilkaset razy więcej niż inne rośliny (o czym starożytni pewnie nie wiedzieli, ale mogli obserwować efekty). Polskim producentem siemienia jest np.Melvit.

SPRAWDŹ: Co Ty wiesz o dietach? [QUIZ]

REKLAMA

mozzarella fot. Shutterstock.com

Mozzarella

Od wieków ten słynny ser był wyrabiany we Włoszech z mleka bawolic śródziemnomorskich. Po II wojnie część rolników złamała tabu i rozpoczęła produkcję, używając mleka krowiego, co podzieliło Włochów na śmierć i życie. Dopiero od 1996 roku w celu odróżnienia obu rodzajów do nazwy pierwszej z nich dodaje się „di bufala”, a druga, krowia, może dumnie i legalnie nazywać się mozzarella. Sama nazwa pochodzi zresztą od słowa „mozzare”, opisującego czynność ręcznego cięcia masy serowej. Korzystając z wiedzy i doświadczeń włoskich serowarów, firma z Goliszewa zrobiła własną mozzarellę, która ani na jotę nie ustępuje oryginałowi. To mozzarella twarda, bez zalewy, która świetnie nadaje się na pizzę i do zapiekanek – roztapia się i ciągnie, skubana, przepięknie. Idziemy o zakład, że nie zauważysz różnicy w smaku i konsystencji.

Pigwa

Niektóre źródła podają, że to właśnie pigwa była tym słynnym biblijnym owo- cem, a nie jabłko. Kto jednak choć raz spróbował wgryźć się w surową pigwę, wie, że to nieprawda: jest twarda, cierpka i dopiero po przetworzeniu nabiera swojego charakterystycznego smaku. Hodowano ją już w Mezopotamii, na terenach dzisiejszego Iraku, a obecnie palmę pierwszeństwa na świecie dzierży Turcja, pokrywając 25% światowej produkcji. Dlaczego wspominamy o pigwie? Przede wszystkim, bo mamy ją na miejscu, na wyciągnięcie ręki (może nawet w ogrodzie lub na działce?), bo jest smaczna i zdrowa i – na koniec – bo świetnie zastąpi egzotyczną cytrynę, która podróżuje do nas statkami, pociągami lub tirami, by trafić do dojrzewalni i chłodni. Jeżeli wierzysz we wzmacniającą siłę herbaty z miodem i cytryną, to musisz wiedzieć, że współczesna fitoterapia zaleca przy suchym kaszlu, przeziębieniu, grypie itp. też miód, herbatę, ale dodatkowo sok z pigwy, nie z cytryny. Tadam!

Śliwki suszone

Rynkiem suszonych śliwek trzęsie Kalifornia – jest ich największym producentem na świecie. 800 plantatorów śliwek i 29 firm konfekcjonujących zapełnia 40% światowego rynku i 99% rynku w samych Stanach. A u nas? Produkcja śliwek jest na 5. miejscu (po jabłkach, truskawkach, porzeczkach i wiśniach), ale 85% suszonych śliwek w sprzedaży pochodzi z Chile i właśnie z Kalifornii. A przecież mamy nasze genialne węgierki! W dodatku także wędzone, nie tylko suszone, co zmienia każdą potrawę w kulinarne arcydzieło. Suszone śliwki genialnie regulują pracę całego układu pokarmowego, zapobiegając zaparciom, obniżają ciśnienie dzięki pokładom potasu, a zawarte w nich antyoksydanty działają odmładająco i przeciwnowotworowo. Są oczywiście świetne do ciast (o bigosie nie wspominając), ale dorzucając je codziennie do jogurtu lub owsianki, szybko zauważysz korzystne zmiany.

Arbuz

Pochodzą z Afryki Południowej, ale z czasem opanowały wszystkie kraje z ciepłym klimatem. Stąd wzięły się w naszych sklepach arbuzy z Portugalii, Hiszpanii, Turcji, Grecji, Włoch i co nam jeszcze ciepłego przyjdzie do głowy, a importerom będzie się to opłacać. Tymczasem... w Polsce wyhodowaliśmy z powodzeniem naszą odmianę arbuza, który, by znaleźć się na półce sklepowej, potrzebuje co najwyżej kilkuset kilometrów (a czasem kilkudziesięciu), a nie kilku tysięcy. Odmiana o swojsko brzmiącej nazwie Janosik z zewnątrz wygląda jak zwykły arbuz, ale w środku skrywa niespodziankę: intensywnie żółty, nie czerwony miąższ. Obie odmiany – żółta i czerwona – mają podobny smak, soczystość i zdrowotne zalety (może bez karotenoidów odpowiedzialnych za czerwony kolor): obniżają ciśnienie, zwiększają popęd płciowy i przyspieszają regenerację mięśni po treningu. Jeszcze się wahasz?

Aronia

No, tu przynajmniej sprawa jest jasna: jesteśmy aroniowym mistrzem świata! Polska jest największym producentem aronii oraz eksporterem półproduktów na świecie, co jest niemałym sukcesem, bo ojczyzną aronii jest wschodnie wybrzeże Ameryki Północnej, czyli dwie potęgi: USA i Kanada. Żeby lepiej zrozumieć całą moc tych czarnych kulek, wystarczy wiedzieć, że w badaniach klinicznych podczas leczenia nadciśnienia podaje się przez 4 tygodnie kuracji witaminę P w postaci 1 kg przetworzonych aronii – po 25 dkg dziennie. Gdyby chcieć zastąpić ją innymi owocami i otrzymać podobne efekty, pacjent musiałby zjeść 25 kg cytryn lub 35 kg mandarynek. Działa na wyobraźnię, prawda? Dodaj do tego komplet witamin i minerałów, przeciwutleniacze i antocyjany, które, między innymi, niwelują negatywne skutki dla oczu pracy przy komputerze. Niech cytrusy się schowają!

ZOBACZ: Czy żeby być eko muszę przestać jeść mięso? [i inne eko pytania]

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA