[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Walczę z perfekcją [historia Emily Skye]

Może się wydawać, że jej życie wypełnia tylko australijskie słońce i hantle, ale nosząc bikini przez okrągły rok, nie boi się też obnażać prawdy o swoim (i każdej z nas) ciele. Opowiedziała nam, dlaczego siła jest potężniejsza niż perfekcja.

fot. Juan Algarin

Emily chce się siku. Strasznie. „Dzięki Bogu jesteśmy na miejscu. Zaraz pęknę!” - wykrzykuje z zawadiackim australijskim akcentem 33-letnia fitnesska po godzinie jazdy na sesję z kubkiem mrożonego latte na mleku migdałowym. Była już wtedy w ciąży. O tak, jest bezpośrednia. Tak samo szczere są jej imponująco popularne treści w social mediach. Te, w których pokazuje, że ma pryszcze, cellulit i wzdęty po słodyczach brzuch, który wygląda jak ciążowy. I te z jej prawdziwym ciążowym brzuchem oraz jego realną formą (a raczej jej brakiem) po porodzie.

Ta autentyczność odróżnia ją od rzeszy idealnych fitfluencerów i wyniosła na szczyt fitnessowego rynku. Liczby mówią same za siebie: 14 milionów followersów na Instagramie, Snapchat’cie, Twitterze, Facebooku i YouTube, numer 3 na liście „Forbesa” najbardziej wpływowych gwiazd fitnessowych na świecie i 250 tysięcy płatnych subskrypcji jej programu treningowego F.I.T.

Emily nie wstydziła się pokazać, w jakim stanie jest jej brzuch zaraz po ciąży. (fot. instagram.com/emilyskyefit)

Kalendarz Emily wypełniają jedno za drugim spotkania dotyczące jej udziału w kampaniach min. kosmetyków i butów treningowych – wszystkie przystanki, jakich można się spodziewać na drodze fitnessowej influencerki. Chociaż jej kariera przebiega trochę nietypowym torem. „Bardzo ważne, żeby kobiety pamiętały, że osoby, które je inspirują, też są ludźmi i nie powinny być stawiane na piedestale” – uważa Emily.

Taką wersję #fitspo kreuje trenerka: dążenie do bycia fit, ale bez obsesji. Jej profile są miejscem, gdzie może bez skrępowania pokazać dumę ze swojej rzeźby i krągłości, a jednocześnie za chwilę być wrażliwą kumpelą z psychologicznym zacięciem. Taka właśnie jest: jej treningi siłowe dają w tyłek, ale jej mantry nastrajają pozytywnie (np. „Nie gaś swojej iskry, by sprawić, że inni poczują się bardziej komfortowo” lub „Wszystkie jesteśmy wyjątkowe, mamy różne kształty, rozmiary i nigdy nie powinnyśmy próbować być kimś, kim nie jesteśmy”). Chce, żeby kobiety były silne, ale nie były dla siebie zbyt surowe podczas pracy nad tą siłą.

Zanim doszła do tego, by móc uczyć takiej samoakceptacji innych, musiała odnaleźć ją w sobie.

Bolesna przeszłość

Nie było to łatwe. „Mój ojciec odszedł, kiedy miałam 2 lata” – wyznaje Emily, winiąc właśnie to wydarzenie za wpojenie jej „uczucia, że już nigdy nie będzie kochana”, co w konsekwencji m.in. pchało ją w związki z nieodpowiednimi chłopakami.

W szkole była też bezlitośnie prześladowana przez inne dziewczyny. „Kiedy przechodziłam, wydawały żabie odgłosy, bo miałam duże oczy, i przezywały mnie patyczakiem, bo byłam chuda” – wspomina. Mając 11 lat, była tak nieszczęśliwa, że lekarz zapisał jej antydepresanty. Kiedy jej wielkie niebiesko-szare oczy i smukłe nogi zaczęły zwracać uwagę chłopaków, ataki ze strony dziewczyn nasiliły się: Emily była zamykana w szafkach i śledzona w drodze do domu. Gdy miała 13 lat, mama – chcąc, żeby córka uwierzyła w siebie – zapisała ją na kurs dla modelek. Brała udział w sesjach modowych i bikini, ale przez to czuła się tylko gorzej. „Chodziłam na castingi i porównywałam się z innymi kobietami – mówi. – Myślałam, że nie jestem dość ładna ani wystarczająco szczupła. Ale nie rezygnowałam z modelingu, bo potrzebowałam pochwał, żeby czuć się kochaną”.

Jako 20-latka była na krawędzi zaburzeń odżywiania. Codzienne 2-godzinne sesje kardio i dieta złożona z marchwi, selera i hummusu utrzymywały ją w rozmiarze XXS. „Ale nie byłam ani fit, ani zdrowa – przyznaje. – Miałam w sobie tyle nienawiści do siebie, że czasami nie chciało mi się żyć”.

Emily zaczęła wyznawać filozofię „Silna, a nie chuda”. (fot. instagram.com/emilyskyefit)

Była w toksycznym związku z chłopakiem, który nie tylko był niewierny i władczy, ale też zastraszał ją i znęcał się nad nią fizycznie. „Musiałam zdobyć sądowy zakaz zbliżania się do mnie – mówi Emily. – Patrząc na to z perspektywy czasu, to było jak straszny film”.

Punkt zwrotny

Mogło być już tylko lepiej. Pierwszy wyraźny krok w tym kierunku zrobiła w 2009 roku, w wieku 24 lat. „Zaczęłam przeglądać fitnessowe magazyny, w których kobiety wydawały się być takie silne i zdrowe. Ogromnie mi się spodobało, że można wykorzystać ciężary, by zmienić swoje ciało. Nie tylko żeby wyglądać na silną, ale też poczuć tę moc”.

Zamieniła kardio na siłownię, bawiąc się na wyciągu górnym i modlitewniku (i, jak dziś przyznaje, pewnie wszystko robiąc nie tak, jak trzeba). W tym czasie Emily odnowiła kontakt ze znajomym znajomych – Declanem Redmondem, byłym komandosem australijskiej armii i doświadczonym ciężarowcem. Zaczęli razem trenować.

Krótkie sesje HIIT i dźwiganie żelastwa sprawiły, że po 6 tygodniach zauważyła różnice w swojej sylwetce. Na rękach i nogach zaczęły się zarysowywać mięśnie, a na brzuchu odsłaniać sześciopak. Gdy jej ciało przebudowywało się z „chudej witki” w „silną fit-maszynę”, zyskując kilkanaście kilogramów głównie masy mięśniowej, jej pewność siebie też kwitła. Napędzana regularnym zastrzykiem potreningowych endorfin pozbyła się depresji i mogła odstawić antydepresanty, które od 12 lat były nieodłącznym elementem jej życia. „Wcześniej czułam się, jakby ciągle wisiały nade mną czarne chmury, a wtedy w końcu poczułam, że wyszło słońce. Poczułam, że wreszcie zaczęłam żyć. Czułam się jak superbohater”. Nie wszystkim spodobała się nowa pasja Emily.

„Niektórzy znajomi krzywili się, widząc moje mięśnie. Jeden z nich spojrzał na moje ręce, barki i stwierdził, że wyglądam odrażająco, jak facet”. Jedna z marek kostiumów wymazała jej ABS ze zdjęć. Przedstawiciel agencji modelek wskazał na jej wyrzeźbione ramiona i stwierdził: „To przesada”. „A byłam wtedy drobniutka w porównaniu z tym, jak wyglądam dziś!” – dziwi się Emily.

Znowu było jak w szkole: nie pasowała, nie była akceptowana. Tyle że tym razem miała odwagę, żeby się postawić. Siła jej ciała przetarła drogę do zmian w głowie. Emily zaczęła pozbywać się wszystkiego, co miało negatywny wpływ na jej życie. Zamiast przebywać z niedającymi wsparcia znajomymi, podróżowała z Declanem (już jej chłopakiem) i nie pozowała do sesji modowych i urodowych, tylko dla fitnessowych marek. Kiedy jej 76-letnia babcia zobaczyła, jak napina mięśnie, i powiedziała: „Zostaw te ciężary. Powinnaś być kobieca”, po prostu się uśmiechnęła. I znów zaprezentowała mięśnie.

Nowa definicja #fitspo

Jej filozofia: „Silna, a nie chuda” szybko zyskała popularność. W 2011 roku Emily uzyskała certyfikat trenera, blogowała i wrzucała posty na Facebooka, potem na Instagrama i inne platformy: o swoich posiłkach, treningach i doświadczeniach przy budowaniu sylwetki i zawodach fitness bikini. Trafiła na doskonały moment: rozpoczynał się boom ruchu „fitspo” w reakcji na „thinspo” – promowanie idealnie chudej sylwetki. Nowa „fitspiracja” kładła nacisk na siłę i zdrowie, co dokładnie współgrało z fizyczną i psychiczną metamorfozą Emily.

"Stwierdziłam, że każdy zasługuje na to, żeby czuć się tak niesamowicie, jak ja” – mówi. Przez kolejne lata doszło do dziwnego przeobrażenia „fitspo” – dążenie do perfekcji i troska o rozmiar zaczęły przypominać chorą filozofię „thinspo”.

W 2014 roku australijski profesor opublikował artykuł obwiniający fitgwiazdy social mediów za powodowanie u młodych kobiet spadku akceptacji swoich ciał i zilustrował go zdjęciem Emily Skye. Emily była wściekła. „Ten profesor nie pofatygował się, żeby przeczytać, o czym piszę. Po prostu popatrzył na zdjęcia i wyciągnął swoje wnioski” – oburza się. Jej odpowiedzią był post z kolażem, pokazującym niedoskonałości jej ciała, i szczery wpis o jej własnych zmaganiach i braku pewności siebie. Komunikat miał ponad 91 mln odsłon i stał się trampoliną w jej karierze.

Za sukcesem Emily w social mediach wciąż stoi połączenie mobilizujących zdjęć jej sylwetki i szczerości, która pozwala poczuć, że to wciąż dziewczyna „taka jak ja”. Między posty z ćwiczeniami podnoszącymi pośladki potrafi wpleść triki na podniesienie się z dołka. Przyznaje, że wciąż zdarzają jej się momenty, że chce jej się tylko spać i płakać.

Emily nie wstydzi się pokazać światu, że tak jak większość z nas ma pryszcze i cellulit. (fot. instagram.com/emilyskyefit)

Rozwiązanie? „Zrób to, co musisz w danej chwili, żeby poczuć się lepiej: płacz, odpuść trening, zjedz czekoladę. A potem wróć do tego, co jest dla Ciebie dobre”. Dokładnie tak zrobiła, kiedy przez pierwsze 3 miesiące ciąży czuła się tak fatalnie, że mogła zapomnieć o ćwiczeniach i zdrowym odżywianiu, bo tylko śmieciowe jedzenie tolerowała, mając mdłości. Przybrała ponad 21 kg, ale nie miała zamiaru porównywać się z innymi trenerkami, które chwilę po porodzie wracały do formy sprzed ciąży.

Jak zawsze idzie własną drogą, za priorytet stawiając zdrowie fizyczne i psychiczne. Jej przesłania nie trafiają w próżnię, a Emily ma coraz więcej możliwości, by je przekazywać dalej. Została m.in. ambasadorką Reeboka, a sieć australijskich fitness klubów zaczęła realizować jej autorski program F.I.T. Nie zagubiła się jednak w labiryncie nowych możliwości i wciąż pozostaje tą samą wrażliwą dziewczyną. „Zanim cokolwiek opublikuję, pytam siebie, co chciałabym usłyszeć, gdybym była tą młodszą wersją siebie – zapewnia.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij