[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Walcz o swoje [rozmowa z Joanną Jędrzejczyk]

Jeden z najważniejszych ludzi w MMA, Dana White, powiedział o Joannie Jędrzejczyk, że to bestia w oktagonie. Gdy pojawia się w ośmiobocznej klatce, gra fair play, ale jest bezwzględna dla przeciwniczek. Nie odpuszcza też w walce ze sobą i o siebie. Może dlatego dziewczyna wychowana na jednym z olsztyńskich osiedli została najbardziej utytułowaną polską sportsmenką na świecie.

"Chcesz coś w życiu zmienić? Zawsze zaczynaj od siebie!"

Po jednej z walk w Berlinie miała lot do Los Angeles. Siedząc już na pokładzie samolotu, zauważyła, że na płytę podjeżdża limuzyna. Pomyślała, że pewnie przywieziono kogoś ważnego, może jakiegoś aktora albo muzyka. Potem zobaczyła, że do samolotu wsiadł Jean- -Claude Van Damme. Wtedy jeszcze nie wiedziała, dlaczego przez chwilę zatrzymali na sobie wzrok. Po wylądowaniu znów wpadli na siebie. Wtedy odważyła się poprosić popularnego aktora o zdjęcie. A on popatrzył na nią z lekkim niedowierzaniem i zapytał: „A czy to nie Ty jesteś tą dziewczyną, która w Berlinie walczyła w UFC? (Ultimate Fighting Championship – przyp. red.)”. Gdy przytaknęła, aktor uradowany nie tylko zrobił zdjęcie, ale poznał ją ze swoimi rodzicami, przedstawił psa i wręczył numer telefonu. „Jak będziesz miała ochotę, wpadnij do mnie” – zaprosił na odchodne. Jak to się stało, że dziewczyna, która wyrosła w normalnej polskiej rodzinie, bez sportowych tradycji, na olsztyńskich Jarotach, osiedlu jakich wiele, stała się jedną z najbardziej utytułowanych i rozpoznawalnych na świecie Polek? Zrobiła dwie rzeczy: wyraźnie widziała cel i szybko podnosiła się po upadku. W życiu i w ringu.

Runda pierwsza

Często ją pytają, czy wzorowała się na Agnieszce Rylik lub też Iwonie Guzowskiej, bo na jej dzieciństwo przypadały czasy świetności obu pięściarek. I zawsze wtedy odpowiada, że miłość do sztuk walki nie zrodziła się z miłości do idoli. Trochę było w tym przypadku, najwięcej uporu i wewnętrznego przeświadczenia, że jest mocna i silna. „Gdy z siostrą bliźniaczką chodziłyśmy do szkoły, to ja byłam tą, która dźwigała plecaki” – opowiada z przymrużeniem oka mistrzyni świata federacji UFC. Wychowywała się na podwórku, w grupie dzieciaków. „Całe dnie bawiliśmy się na dworze. Nie siedzieliśmy – tak jak robią to dzieciaki dziś – wgapieni w smartfony” – mówi WH Joanna. Talent do sportu szybko został dostrzeżony w szkole, dlatego była reprezentantką w wielu dyscyplinach, m.in. w koszykówce. Trenowała wspinaczkę skałkową, miała nawet w planach kurs alpinistyczny. Bardzo ją do sportu ciągnęło, mimo że w rodzinie nie było sportowców. Czy miała wsparcie w najbliższych? Mówi, że ogromne, ale rozsądne. „Nigdy specjalnie mnie nie namawiali, ale też nie zabraniali, twierdząc, że człowiek nabiera charakteru, jeśli uczy się na własnych błędach”. Gdy miała 16 lat, były chłopak siostry powiedział do niej: „Joanna, chodźmy razem na trening”. Wtedy nawet nie wiedziała, jak wypowiada się „muay thai”.

ZOBACZ TEŻ: Silna jak nigdy [historia Katie Holmes]

Chwilę później dowiedziała się również, że w tym sporcie trzeba mieć grubą skórę. Pierwsze treningi w jednym z olsztyńskich klubów były trudne. „Ale ludzie to z natury wojownicy. Od urodzenia z czymś walczymy. Wygrywa ten, kto się nie poddaje” – mówi mistrzyni świata. W czasie treningów bolało ciało, często podupadała psychika, ale ona wiedziała, że z każdym dniem ma większą siłę, lepszą kondycję i to napędzało ją do dalszej walki. Gdy wróciła do domu z pierwszą śliwką pod okiem, zauważyła zaniepokojenie na twarzy ojca. „Oj nie, dziewczyna nie powinna się bić” – usłyszała wtedy od niego. Również dziś często słyszy, że boks czy MMA to sporty dla osiłków, chuliganów i dzieciaków z blokowisk. A już na pewno nie dla kobiet. Od 2012 roku, czyli odkąd jest zawodniczką MMA, przełamuje te – jak twierdzi – stereotypy, by ludzie wiedzieli, że trenując sporty walki, można czuć się mądrą, stuprocentową kobietą. „Mam przecież chłopaka, życie poza sportem i plany związane z rodziną. Ukończyłam studia i wiele kursów, napisałam autobiografię. I jednocześnie kocham to uczucie, gdy wchodzę do ringu” – mówi kobieta uważana za najgroźniejszą na świecie.

REKLAMA

REKLAMA

Runda zasadnicza

Po dwóch latach treningów nastąpił przełom. Miała wtedy 18 lat. Trudny okres. Burza hormonalna, imprezy, próbowanie różnych smaków życia, a w tym wszystkim konieczność podejmowania pierwszych ważnych decyzji. Czasem, gdy siedziała na takich głośnych imprezach, hucznie świętujących dojrzałość na papierze, myślała: „Boże, co ja mam robić? Dwa lata walczyłam ostro, ale nie jestem wciąż profesjonalną zawodniczką. Z drugiej strony te imprezy, taka zabawa, to chyba jednak nie dla mnie”. I tak się rodziła myśl: „Chcę być kimś. Coś znaczyć w świecie. Być z siebie dumną”. Joanna szybko dodaje: „Niektórzy mówią, że byłam butna. Może... Ale zaczynałam wiedzieć, czego chcę, a to motywowało do coraz cięższej pracy”.

Pieniądze w domu nigdy nie lały się strumieniami, a treningi i wyjazdy kosztowały krocie. Pracowała od wczesnych lat. Pomagała rodzicom w sklepie. „Wstawałam o 4 rano, jechałam na giełdę, przywoziłam towar, szłam na trening na godzinę 10 i tam dawałam sobie w kość przez godzinę albo dwie. Po treningu jadłam szybki obiad w sklepie, później szłam na kolejny trening i jeśli po powrocie z niego udało się znaleźć czas na drzemkę, to był luksus. I tak w kółko, niemal przez cały tydzień, no po prostu dzień świstaka” – wspomina z uśmiechem, ale i z dumą. Walczyła o siebie i o wyniki w ringu. To była i wciąż dla niej jest codzienna praca nad sobą i nad swoimi słabościami. Bo przecież przychodziły momenty, kiedy się nie chciało. „Albo dopadała chęć na słodycze, które uwielbiam, a tu trzeba trzymać wagę i zapomnieć o ciasteczkach. Wyłącznie zdrowa, zbilansowana dieta!” – opowiada WH sportsmenka. Ale podkreśla: „Nie mogę lekceważyć diety. Jeśli przesadzę z kolacją, rano będę słabsza na treningu. Działamy trochę jak samochody: jeśli wlejesz do diesla benzynę, to przecież nie pojedzie” – śmieje się

Ciosy poniżej pasa

Wciąż pamięta, co czuła po walce z Ałłą Iwaszkiewicz na Białorusi. Przez cały czas miała przewagę. Wszyscy sądzili, że jest niekwestionowaną zwyciężczynią. A jednak sędziowie przyznali wygraną Białorusince. „Polityka, biznes, pieniądze. To wszystko wkrada się niestety do sportu. Przykre i boli, ale nie zamierzam na ten temat milczeć. Będę o tym mówić głośno i otwartym tekstem, bo się na to nie godzę” – podkreśla. Nie godzi się też z opiniami, że się sprzedała do USA, że wszystko, co robi, robi dla pieniędzy. „Niestety, docierają do mnie takie słowa. Wtedy mówię im: przypomnijcie sobie, gdy po moich walkach z dumą słuchaliście »Mazurka Dąbrowskiego«, na przykład w Tajlandii podczas mistrzostw świata w 2009 i 2012 roku. Zapracowałam na to wszystko sama. Ciężką, codzienną pracą. W ringu i poza nim”– mówi. Podkreśla, że nigdy nikt nie płacił za jej wyjazdy na międzynarodowe imprezy. Ministerstwo Sportu nie dawało stypendium i nie było wówczas jeszcze w Polsce związku muay thai. Z własnej kieszeni musiała nieraz wyciągnąć kilka tysięcy złotych i zapłacić za możliwość udziału w mistrzostwach. Wcześniej musiała sama te pieniądze zarobić. Przed każdą walką słyszy: „Tym razem Ci się nie uda, nie pokonasz przeciwniczki”. Ale takie słowa ją napędzają, dodają pożądanej w walce agresji. Nie podcinają jej skrzydeł. Gorzej znosi nieprawdziwe opinie, zachowania, które nie są fair play. Ale nic nie jest w stanie jej złamać.

Runda finałowa

 Od momentu, gdy po raz pierwszy wyjechała na mistrzostwa świata do Tajlandii i poznała Pawła Słowińskiego, który miał na swoim koncie wiele osiągnięć w muay thai, jej kariera potoczyła się błyskawicznie. Dzięki pracy, ale też nowym kontaktom trafiła do Amsterdamu, gdzie trenowała w grupie „Mister Perfect”. Lekko nie było, na codzienne treningi musiała dojeżdżać 40 km. Nie poddawała się, robiąc wrażenie na ludziach ze świata sztuk walki. Muay thai, kick boxing, boks, aż w końcu mieszane sztuki walki – za co się nie wzięła, odnosiła sukcesy. Zaczęły sypać się propozycje dobrych kontraktów sportowych, reklamowych i… filmowych. „Właśnie jestem po spotkaniu z producentami Universal Picture i Disneya. Zdradzać wiele nie mogę, ale wszystko wskazuje na to, że niebawem wystąpię w hollywoodzkiej produkcji”. Świat stoi przed nią otworem. „Tak jak przed każdą z nas! – podkreśla Joanna. – Jeśli nie zaczniesz zmian od siebie, nigdy nie zrobisz kroku do przodu. Chcesz rzucić palenie, nie czekaj do Nowego Roku, nie odpuszczaj, tylko zrób to. Chcesz schudnąć, nie narzekaj, tylko poćwicz godzinę. Nie obwiniaj innych za swoje niepowodzenia. W życiu to Ty wybierasz, pamiętaj!”.

ZOBACZ TEŻ: Wolę spróbować, niż żałować, że czegoś nie spróbowałam [rozmowa z Anją Rubik]

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij