Stres i alkohol. A Ty jak sobie radzisz?

Doświadczenia, które nas dotknęły w poprzednim i tym roku, będziemy pewnie wnukom opowiadać, ale teraz najważniejsze jest, by zachować zdrowie i psychikę w formie. Sprawdzamy, jak znosimy te wszystkie pandemijne szykany.

alkohol a stres fot.shutterstock.com

Historia picia alkoholu jest równie stara, co historia jego nadużywania. Początek kariery alkoholu skrywa się gdzieś w mrokach, ale z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że to nie smak sfermentowanych przypadkowo owoców przyczynił się do jego popularności, tylko działanie: rozluźniające i poprawiające nastrój. Nasz praprzodek po pierwszym łyku na pewno nie krzyknął na całą jaskinię: „Halinka, to świetne jest! Nazwiemy to Moet & Chandon”, ale już po piątym łyku oddałby mamuta za ten szósty. W ten sposób alkohol wpisał się trwale w dzieje ludzkości i towarzyszy nam do dziś. Trudno więc się dziwić, że jest przedmiotem zainteresowania badaczy z różnych dyscyplin: socjologów, filozofów, kulturoznawców, biochemików, fizjologów, psychologów, psychiatrów, ale też speców od sprzedaży i marketingu. Tym bardziej teraz, gdy świat stanął na głowie, naukowcy chętnie przyglądają się naszym codziennym zwyczajom, ponieważ ekstremalne sytuacje, jak właśnie na przykład pandemia, mogą przynosić ze sobą ekstremalne zmiany, a to zawsze jest gratka dla badaczy. Przepytują nas więc z naszego pandemijnego seksu, zwyczajów higienicznych podczas lockdownu (inaczej mówiąc, czy myjemy się równie często, jak wcześniej), nawyków żywieniowych, czasu poświęcanego na telewizję, lektury, media społecznościowe, pracę zdalną, sen, używanie kosmetyków, fitness, no i oczywiście o alkohol i częstotliwość jego popijania.

REKLAMA

Faktem jest, że badania przeprowadzane wcześniej w USA pokazywały korelację między np. różnego rodzaju kataklizmami a zwiększonym spożyciem alkoholu (np. po terrorystycznym zamachu na World Trade Center w 2001 roku, huraganie Katrina w 2005 r. czy recesji z 2009 r.), ale teraz sytuacja jest nieco inna. Tamte nieszczęścia były zdarzeniami w ograniczonym czasie – po prostu były i minęły. Teraz nie wiemy, jaka będzie przyszłość, ile jeszcze czasu wirus (lub jego niezliczone mutacje) będzie nam towarzyszył i co złego nam jeszcze wyrządzi. Zbyt dużo jest niewiadomych, żeby coś sensownie prognozować.

Samotność, cóż po ludziach

To oczywiście Konrad w „Wielkiej improwizacji”, ale wieszcz nie przewidział covidowego szaleństwa z jego lockdownami, odcięciem od kontaktów, od spotkań twarzą w twarz i niemożnością poznawania nowych ludzi. Bo, jak się okazuje, to właśnie ludzie są najważniejsi i tych kontaktów z innymi najbardziej nam wszystkim brakuje. W ankietach WH, w których pytaliśmy o Wasze samopoczucie w czasie zarazy, ponad 70% z Was odpowiedziało, że czuje się bardziej samotna niż przed pandemią (jeszcze smutniej wygląda to u singielek, bo samotność odczuwa aż 87% z nich). A poczucie osamotnienia jest uznawane przez ekspertów od duszy i mózgu za poważny czynnik ryzyka depresji, z którą już nie ma żartów. Według szacunków ONZ cierpi na nią teraz 264 mln ludzi, a Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje, że do 2030 roku (czyli za 9 lat!) depresja będzie najczęściej występującym zaburzeniem zdrowotnym na świecie. Należy jednak odgraniczać samotność, która jest nam czasem potrzebna i często bywa kreatywną, napędzającą siłą, od osamotnienia – stanu dołującego całą osobowość.

Jeszcze przed pandemią specjaliści ostrzegali, że przeniesienie punktu ciężkości z bezpośrednich relacji międzyludzkich do mediów społecznościowych i polubianie kogoś lub przyjmowanie do grona znajomych przez kliknięcie jest drogą ku katastrofie. Koronawirus i izolacyjne restrykcje z nim związane tylko przyspieszyły ten proces. Nagle okazało się, że setki znajomych na fejsie nie wystarczą, by ktoś np. wyprowadził trzy razy dziennie Twojego psa podczas kwarantanny, którą Ci narzucono po kontakcie z kimś zakażonym. Taka bolesna konfrontacja z rzeczywistością kończy się silnym stresem, z którym trudno sobie poradzić na własną rękę. Potwierdza to Milena Grela, psycholożka i psychoterapeutka: „Gabinety są oblężone i gdybyśmy mogli pracować 24 godziny na dobę, to pacjentów też pewnie by nie zabrakło. Co jednak rzuca się najbardziej w oczy, to rosnąca liczba wizyt młodych ludzi, którzy przed pandemią nieczęsto szukali porady w gabinecie”. A przecież samotność to niejedyna plaga, którą spuścił na nas koronawirus. Dostaliśmy też w pakiecie lęk o pracę, problemy finansowe, strach o zdrowie (a nawet życie) swoje i najbliższych, poczucie egzystencjalnej przypadkowości oraz bezsensu. Ten pakiet lęków i obaw z czasem zniknie (miejmy nadzieję) w miarę stabilizowania się sytuacji, ale gorzej ze skutkami odczuwanej przez nas samotności – te mogą być długotrwałe. Specjaliści zwracają uwagę, że poczucie osamotnienia nie dotyczy wyłącznie naszej psychiki, ale może powodować również zmiany biochemiczne w mózgu.

Wieki ewolucji wykształciły w nas instynkt stadny i bardzo źle znosimy odłączenie się od gromady (popatrzmy choćby na historię Robin Hooda, którego skazano na banicję, nie na powieszenie, bo wygnanie ze wspólnoty było karą bardziej dotkliwą niż śmierć). W czasie izolacji wydzielanie dopaminy w naszym mózgu zostaje zachwiane, a ta nie odpowiada wyłącznie za dobre samopoczucie i stany euforyczne. Dopamina ma swój niemały udział w procesach myślenia, zapamiętywania, koncentracji, motywacji, ale i ruchu – badacze stwierdzili u ludzi skazanych na izolację problemy z tymi procesami i słabszą koordynację ruchową. Żeby już do końca zohydzić wszystkim samotność, dodajmy, że ma swój wkład w zaburzenia odżywiania, zaburzenia snu i osłabianie całego układu immunologicznego, przez co łatwiej łapiemy różne choróbska i wolniej z nich wychodzimy. A permanentny stres, który jej zawdzięczamy, jest już wisienką na torcie.

ZOBACZ TEŻ: Jak imprezować z głową? [party poradnik]

REKLAMA

REKLAMA

Alkohol a sprawa polska

Opinia o Polsce jako kraju, w którym pije się bez umiaru dużo mocnego alkoholu, jest, zdaje się, ugruntowana. Do tego stopnia, że kiedy wyskakiwałem na piwo do bistro we Francji z zaprzyjaźnionymi tubylcami, ci zamawiali zawsze dla mnie takie o 12% zawartości alkoholu, a dla siebie 4,5% – taki gest sympatii i szacunku dla przyzwyczajeń słowiańskiego gościa. Kiedy im tłumaczyłem, że nie lubię i nie pijam takich mocnych piw, byli nieco rozczarowani, bo po to przecież człowiek ma przekonania, żeby świat mu potwierdzał ich słuszność, prawda? I tak (z przerwą na pandemię) gramy zawsze ten sam scenariusz: oni dostają normalne piwo, a ja trzy razy mocniejsze, bo wiadomo: Polak lubi się napić.

Na rok przed pandemią, w 2019 roku, Światowa Organizacja Zdrowia opublikowała raport (polecam lekturę moim zaprzyjaźnionym Francuzom) dotyczący spożycia alkoholu w Europie. Okazuje się, że zamieszkujemy najbardziej rozpity kontynent na świecie. W powszechnie używanej metodologii takich badań wyniki podaje się w przeliczeniu na czysty alkohol etylowy bez odróżniania, w jakiej formie jest wypijany (piwo, wino, mocne alkohole) i ten ranking WHO niechlubnie otwierają nasi bracia Litwini z 15 litrami w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Potem z kosmetyczną różnicą są Czechy, następnie Niemcy, Irlandia, Luksemburg, Łotwa, Bułgaria, Francja (12,5 l), Rumunia, Słowenia, Portugalia i na 11 miejscu ex aequo Polska, Belgia i Austria z wynikiem 11,6 l na głowę. Za nami jest jeszcze 8 krajów, w których każdy obywatel, od noworodka po rencistę na wózku inwalidzkim, wypija ponad 10 l rocznie. Nie od rzeczy będzie rzucić tę statystykę na szersze, światowe tło. I tak: w Chinach roczne spożycie alkoholu utrzymuje się na średnim poziomie 7 litrów na głowę (choć to badania robione chwilę przed pandemią), w USA nieco poniżej 10 l, a całej Ameryce Północnej 11,5 l wśród mężczyzn oraz 5 l wśród kobiet. W Europie zaś konsumpcja alkoholu wynosiła odpowiednio 15 i 3,5 l dla mężczyzn i kobiet. Wygląda faktycznie na to, że dekadencka, bogata i zepsuta Europa postanowiła mieć permanentnego kaca.

Paradoks pandemii: Polacy piją mniej

Mimo wypełniania wszystkich kryteriów nasilanych przez COVID-19 (lęki, stres, poczucie osamotnienia, problemy finansowe, depresja, dyskomfort psychiczny, praca zdalna, lockdown itp.), które, zdaniem badaczy, są świetnym powodem i wymówką, aby szukać pocieszenia w butelce, pijemy obecnie mniej. W 2020 roku kupiliśmy aż o 51,4 mln litrów alkoholu mniej niż w roku poprzednim – co jest wyczynem godnym nagrody – ale za to, o dziwo, wydaliśmy na niego więcej pieniędzy niż wcześniej. To dziwo jest łatwo wytłumaczalne, bowiem to sprzedaż piwa najbardziej spadła (a co nam najbardziej działa na wyobraźnię i pokazuje skalę wypijanego u nas piwa, to fakt, że rynek browarniczy z tymi dziesiątkami milionów niekupionych litrów skurczył się tylko o 2,1% – to się nazywa stabilny biznes, prawda?).

Piwo jest alkoholem socjalnym i raczej młodzieżowym, więc zamknięcie pubów i knajp plus zakaz masowych imprez i zgromadzeń musiały zrobić swoje. Podobny spadek (choć nieco mniejszy) odnotowała wódka (też socjalna i towarzyska), ale za to w górę poszły wina, whisky, rum czy gin, a więc alkohole droższe i do dłuższego sączenia. Sprzedaż tylko samej whisky w roku 2020 wzrosła wartościowo o niemal 20% i wygląda na to, że niestraszne nam będą następne (odpukać!) lockdowny. Ciekawie wyglądają wyniki badań, przeprowadzone przez Centrum Badawczo-Rozwojowe BioStat, na temat naszego stosunku do alkoholu podczas pandemii. Oto 22,9% badanych zadeklarowało, że zmniejszyło jego spożycie lub przestało używać, 48,6% nie zauważyło żadnych zmian, a 10,9% przyznało, że w trakcie pandemii piło więcej (17,6% badanych pytanie nie dotyczyło, gdyż wcześniej nie używało alkoholu). Oczywiście te 10,9% pijących więcej może niepokoić (w innych badaniach, jednak na mniejszej grupie, wychodziło nawet pod 14%), ale wywiady pokazały, że są to osoby, które już wcześniej miały skłonności do ryzykownego picia i podczas pandemii je pogłębiły.

Milena Grela, specjalistka w terapii uzależnień, mówi: „To nie pandemia i związane nią niedogodności są pierwszą przyczyną, ale bardziej katalizatorem. Jeżeli jakaś osoba miała wcześniej problemy ze sobą, jeżeli jej związek stał na kruchym lodzie, jeżeli już wcześniej wybierała alkohol jako metodę tłumienia negatywnych emocji, to podczas pandemii takie zachowania mogą się nasilać”. Sytuacja trochę podobna do słynnych „chorób współistniejących”, którymi bombardowano nas non stop z radia i telewizji podczas lockdownów – wirus je uaktywniał i pogłębiał ciężki przebieg choroby.

Społecznościówki nie pomagają

Bez względu na to, jakbyśmy nie odpowiedzieli na pytanie o nasz stosunek do alkoholu w trakcie pandemii, musimy wiedzieć, że media społecznościowe grają swoją grę. Na tyle interesującą, że naukowcy z Oxfordu poświęcili jej osobne badania. Fakt, że korzystanie z internetu podczas pandemii wzrosło nawet o 60%, nie uszedł oczywiście uwadze branży alkoholowej, jej specom od marketingu i influencerom. Tym bardziej badaczom, którzy szybko ustalili, że romantyczne zdjęcie z kieliszkiem wina przy jacuzzi zdobywa trzy razy więcej polubień niż podobna fotka wrzucona tydzień później, ale bez alkoholu. Emma Davies, starszy wykładowca psychologii na Oxford Brookes University, badaczka wzorców picia, mówi: „Media społecznościowe odgrywają dużą rolę w uatrakcyjnianiu alkoholu, co ma bezpośredni wpływ na konsumpcję. Kiedy widzisz koktajl na stoliku do kawy obok stosu książek lub kieliszek wina przy wypełnionej bąbelkami wannie, wysyłasz do mózgu wizualny komunikat: picie jest aspiracją”.

Instagram i WhatsApp pełne są postów wrzucanych przez celebrytów, influencerów i znajomych znajomych, w których w otoczeniu miłych dla oka i ciepło kojarzących się dla mózgu rzeczy stoi gwarancja relaksu po ciężkim dniu pracy: kieliszek wina lub fajny alkoholowy koktajl. Niby mimochodem, jako uzupełnienie pięknej kompozycji, ale w rzeczywistości to alkohol jest jej gwiazdą i pod niego została ta piękna kompozycja stworzona. Nie ma to, rzecz jasna, nic wspólnego z naszymi wrzucanymi zdjęciami drinka z palemką pitego na plaży, spokojnie, ale z drugiej strony, jak człowiek pomyśli, że robi za darmo coś, za co inni dostają ciężką kasę, to mu się trochę odechciewa.

Podsumujmy więc: badania pokazują, że udało się nam en masse obronić przed używkami w tym trudnym, pandemicznym czasie i tak trzymać! Wiemy jednak również, że wypicie drinka pod koniec dnia jest sygnałem do zamknięcia laptopa i pomyślenia sobie: „Teraz jest czas dla mnie”, co jest psychologicznie kuszące, zrozumiałe i... ryzykowne. Traktowanie alkoholu jako nagrody za przebrnięcie przez trudy codzienności może być pułapką, bo niestety nawyki powstają przez powtarzanie, a tego byśmy w żadnym razie nie chcieli.

REKLAMA

Jak pić i mieć kontrolę

Nie będziemy Was dołować amerykańskim testem dotyczącym konsumpcji alkoholu, bo w nim każdy pijący Europejczyk wychodzi na menela. Niemniej o kilku sprawach warto pamiętać.

Monitoring

Badania mówią, że kontrolowanie ilości wypijanego alkoholu pozwala ograniczać jego ilość, a doświadczenie mówi, że najlepiej to wychodzi przy kieliszkach wina, a nie drinkach. Chyba że przyrządzasz je dla siebie sama.

Zapasy

Teorię, że pełny barek w domu mają tylko osoby niepijące lub pijące okazyjnie, można między bajki włożyć. Zwłaszcza w czasach, gdy co tydzień można go uzupełnić po sufit. Jeżeli jesteś wrażliwa na pokusy, nie rób alkoholowych zapasów.

Pytanie

I pora na wielkie, wręcz ontologiczne pytanie: czy mieszanie alkoholi szkodzi? Jeżeli zdarzyło Ci się rano narzekać, że niepotrzebnie zmieszałaś, to komunikat brzmi następująco: niepotrzebnie tak dużo wypiłaś. To ilość, a nie gatunek przesądza o kacu.

Ilość

Normy dopuszczalnych ilości alkoholu, które można wypić z małym ryzykiem szkodliwości (choć znajdziesz i takich medyków, którzy zakazaliby picia w ogóle) są różne dla kobiet i mężczyzn. I tak kobiety nie powinny przekraczać 2 dawek 100% alkoholu (faceci mają 4 dawki) dziennie, co odpowiada 0,5 l piwa i 200 ml wina lub 60 ml wódki. Natomiast damska tygodniowa norma wynosi 140 ml czystego alkoholu i przekłada się na 7 półlitrowych piw, niecałe 2 butelki wina 0,75 l pojemności lub 420 ml wódki (lub innego alkoholu o mocy 40%). Eksperci zwracają uwagę, że jeżeli wypijasz dziennie jednego/ dwa drinki, ważne, żeby robić sobie 2 dni abstynencji, i to najlepiej dzień po dniu. Wątroba Ci podziękuje.

ZOBACZ TEŻ: Sleep care - jak zadbać o zdrowy sen?

Zobacz również:
Lacrosse nazywany jest najszybszym sportem na dwóch nogach. Tutaj liczy się zwinność, koordynacja ruchowa, taktyka i odpowiednia technika podań. Mimo że nie zalicza się do listy najpopularniejszych sportów w Polsce, zawodniczek lacrosse nam nie brakuje. O sprzęcie, zasadach i odmianach lacrosse opowiedziała nam Anna Walas, zawodniczka drużyny Poznań Hussars Ladies i trenerka żeńskiej młodzieżowej reprezentacji Polski Lacrosse.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA