Lara Gessler: Nie chcę być gdzie indziej

„Odkąd na świecie pojawiła się Nena, moje życie stało się pełniejsze – mówi nam Lara Gessler. – Z przyjemnością obserwuję u siebie zanik FOMO: obsesyjnej potrzeby uczestniczenia we wszystkim, bycia wszędzie, co było związane z syndromem młodszej siostry, przekonanej, że starszy brat robi coś fajniejszego. Teraz wiem, że najfajniej jest być tam, gdzie właśnie jesteśmy. I nie chcę być gdzie indziej”.

Lara Gessler fot. Kamil Majdański/MPP

Kiedy wybuchła pandemia, a strach przed wirusem pozamykał nas w domach, napisała na instagramowym profilu: „Obecna sytuacja będzie ogromną próbą relacji międzyludzkich. Kwarantanna okazała się doskonałym papierkiem lakmusowym na to, bez kogo faktycznie żyć nie możemy! Ja przyznam szczerze, że nie pamiętam, kiedy tak dużo rozmawiałam z moją rodziną, jak w ostatnim czasie. Nie jest to dla nas oczywiste, bo raczej jesteśmy indywidualistami, którzy bardzo wciągają się w swoje codzienne zajęcia i nie są najlepsi w liczeniu mijającego czasu... A jednak! Chciałabym wznieść z Wami toast za prawdziwe relacje i życzyć nam, żebyśmy nie zapomnieli, że rozmowa często wystarczy, by pokazać, że jesteśmy sobie potrzebni”.

REKLAMA

Kilka miesięcy później przyszła na świat Nena – córka jej i jej męża, prawnika Piotra Szeląga. Pandemia wydawała się najgorszym momentem na ciążę i poród – relacje z bliskimi, już i tak rozluźnione przez aktywność zawodową babć, dziadków, ciotek i wujków, musiały ograniczyć się do telefonicznych i internetowych kontaktów. A opowieść o dziecku wychowywanym przez całą wioskę można było już na dobre włożyć między bajki. Macierzyństwo stało się doświadczeniem najbliższych osób: rodziców i dziecka.

„I to było właśnie najpiękniejsze – mówi nam Lara. – Bo pandemia sprawiła, że byliśmy w tym z Piotrem razem, zdecydowaną większość czasu spędzając w domu, na home office. Dla mnie, ale też dla wielu innych kobiet ten czas okazał się doskonały na bycie w ciąży: przestałyśmy się zaharowywać do siódmego, ósmego miesiąca, próbując udowodnić wszystkim dookoła, że jesteśmy w pełni produktywne. I są na to dowody: w Danii podczas pandemii urodziło się o osiemnaście procent mniej wcześniaków, właśnie dlatego, że kobiety siedziały w domu i pracowały zdalnie. Praca zdalna pozwoliła mi spędzić ciążę na Mazurach. Po porodzie samotność we troje ogromnie dużo nam dała, to gigantyczna nauka. Nie wiem, czy spośród urodzonych w 2020 roku wyrośnie inne pokolenie dzieci, ale z pewnością dojrzeje nowe pokolenie rodziców. Będą inni, czyli silniejsi psychicznie, o większej więzi z dzieckiem, która jeszcze niedawno była przywilejem nielicznych, a teraz staje się udziałem większości; rodzice są bardziej obecni w jego życiu”.

ZOBACZ TEŻ: 7 dietetycznych zwyczajów gwiazd, które warto podpatrzyć

Odporna na lęk

Dziś mówi, że choć przed porodem pochłonęła sporo książek i odwiedzała specjalistów, to jednak najważniejszą wskazówką była dla niej intuicja.

„Od dłuższego czasu nie jesteśmy tak stadni, jak dawniej, a od roku wręcz nie możemy sobie na to pozwolić – powiedziała nam. – Ale już wcześniej trudno było mówić o sytuacji, w której mamy tuż obok siebie, na wyciągnięcie ręki, ciotki, mamy i babcie, które powiedzą nam, jak wychowywać dzieci. Ta informacja dociera do nas skądinąd, już nie od bliskich, ale od specjalistów, z literatury, internetu. Ponieważ jestem fanką sprawdzonych informacji, nie czytam forów i dyskusji o porodach w mediach społecznościowych. A że nie lubię napędzania się strachem, nie zapisałam się też do szkoły rodzenia. Starałam się nie postępować wbrew sobie, zagłębić się w to, co daje natura. Wszyscy jesteśmy przebodźcowani, zlęknieni, znamy multum historii zasłyszanych, spośród których zawsze najbardziej się pamięta te szczególnie ekstremalne. Wolałam więc skupić się w sobie, zagłębić w siebie – poród i macierzyństwo to przecież najlepszy na to moment”.

Przygotowania do porodu nie wiązały się u Lary z wielkimi zakupami. Owszem, przed pojawieniem się Neny na świecie jej dziecięcy pokoik był prawie gotowy, a torba z tym, czego nie powinno zabraknąć w szpitalu, spakowana, ale to właściwie wszystko. Lara i Piotr hołdują minimalizmowi; mąż Lary mawia, że dziecku jest potrzebna paczka pampersów, coś do wytarcia i mama obok. Oboje uznali, że to wystarczy i nie ma sensu gromadzić rzekomo niezbędnych w opiece nad niemowlęciem gadżetów, które później często stoją nieużywane. Lepiej poczekać, aż maluch pojawi się na świecie, i wsłuchać się w jego potrzeby. Choć oczywiście kilku nietrafionych zakupów nie udało się uniknąć. Tak było z chustą do noszenia dziecka. „Byłam przekonana, że to się sprawdzi, ale Nena szybko mi uświadomiła, że nie ma najmniejszej ochoty na chustowanie – opowiada Lara. – Musiałam to uszanować i noszę ją na rękach. Cóż, najwyżej po jej wczesnym dzieciństwie zostaną mi umięśnione ramiona”.

Zamiast w gadżety, Lara Gessler postanowiła zainwestować w wiedzę. Przygotowując się do porodu, przeczytała wszystko, co trafiło na stronę fundacji „Rodzić po ludzku” i większość publikacji wydawnictwa Natuli. I starała się nie ulegać zbiorowym okołoporodowym obsesjom. „W tej chwili myślenie o porodzie zdominowane jest jednym tematem: ochrony krocza – tłumaczy. – Stąd po części szalona zupełnie moda na cesarki: kobiety boją się nacinania, a jednocześnie nie ćwiczą, nie próbują przygotować ciała do porodu, nie chodzą do fizjoterapeuty uroginekologicznego, który mógłby nauczyć je, jak się kłaść, jak traktować własne ciało już na etapie ciąży, kiedy staje się cięższe. Zaniedbując je, same stawiamy się na straconej pozycji. Skupiamy się nie na tym, co najważniejsze”.

Sama trafiła do fizjoterapeutki w piątym miesiącu ciąży, właśnie po to, żeby mieć wpływ na to, jak jej ciało zniesie ciążę i poród. I systematycznie wykonywała zadane przez nią ćwiczenia, w tym oddechowe. Nie forsując się, bo czasem lepiej podziała zrównoważony trening w stylu dłuższego spaceru, w trakcie którego oddycha się przeponą. Dziś jest przekonana, że dużo lepiej niż w prywatną klinikę jest zainwestować w dobrą położną, fizjoterapeutę i doradcę laktacyjnego. Ważne też, żeby te osoby rozumiały twoje potrzeby, co pozwoli przeprowadzić poród tak jak się tego chce – bez pęknięcia, nacięcia, znieczulenia.

„Jako socjolog wierzę w badania. Wiedza uodporniła mnie na większość lęków, choć nie na wszystkie – zaznacza. – Lęk przed niewiadomą pojawia się zawsze, a poród to nowa sytuacja, nowe rzeczy, o których nie miałaś wcześniej pojęcia. Bardzo chciałam urodzić naturalnie, bałam się więc, że będę musiała wylądować na cesarce albo że coś się zmieni w ostatniej chwili i mąż nie będzie mógł być ze mną. Ta perspektywa mnie przerażała, a nie sam poród”.

Lara Gesslerfot. Kamil Majdański/MPP

Lara wybrała poród naturalny, bo, jak tłumaczy, cesarka to jednak operacja – jak każda jest obarczona pewnym ryzykiem. A pomijając względy medyczne, poród przygotowuje do bycia rodzicem, jest dużym emocjonalnym i fizycznym przeżyciem, dzięki któremu odczuwa się i docenia wagę życia, które przychodzi na świat. Po naturalnym porodzie ciało szybciej się regeneruje, stajemy się sprawniejsze. „Tak nas stworzono, to naturalny element cyklu życia” – dodaje Lara.

REKLAMA

REKLAMA

Z Neną w drodze

Na swoim Instastory Lara wyznała, że marzy o tym, żeby przeczytać wspólnie z Neną „Awanturę o Basię”, „Akademię Pana Kleksa”, obejrzeć „Księgę dżungli” czy „Alicję w Krainie Czarów”, której bohaterka była jedyną bajkową blond postacią, z którą sama się utożsamiała jako dziewczynka – bo „nie była infantylna, chodziła własnymi drogami, była ciekawa ludzi i chętnie jadła wszystko nowe, co napotkała na swojej drodze”. Nie może się doczekać, żeby wprowadzić córeczkę w magiczny świat bajek Disneya, który dla jej rówieśników był przeżyciem pokoleniowym.

Ale pomijając bajki – jeśli chodzi o wychowanie małej Neny, Lara przyznaje, że na tym etapie może być co najwyżej mistrzynią teorii. Sama była wychowywana dość liberalnie. Dla zapracowanej Magdy Gessler częsta izolacja od dzieci była koniecznością, choć często była w pobliżu. Lara podkreśla, że oboje z bratem wychowali się właściwie pod stołem restauracyjnym. Dziś jest inaczej. Zdalna praca pozwala Larze być z Neną blisko. Rodzina rozstaje się właściwie tylko przy okazji rozpraw sądowych, w których uczestniczy Piotr – nawet na sesję dla WH przyjechali we trójkę, a jedną z mocniej dyskutowanych decyzji Lary po urodzeniu dziecka była ta o niezatrudnianiu opiekunki. A jeśli ktoś ma wątpliwości, czy aktywność zawodowa w domu, w którym pojawia się niemowlę, jest możliwa, to fakty mówią same za siebie: w ciągu roku Lara wydała dwie książki, i jakkolwiek „Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny” pojawił się na rynku jeszcze przed przyjściem Neny na świat, to już e-book „Randka w domu” jest świeżynką pisaną z córeczką przy piersi.

ZOBACZ TEŻ: Areta Szpura i Agnieszka Rylska - Chcemy pokazać, że ludzie nie muszą się wstydzić tego, kim są ani co czują

Larze, która wychowywała się przede wszystkim wśród osób dorosłych, zależy na tym, żeby Nena miała wokół siebie środowisko rówieśnicze. Przede wszystkim chce jednak wsłuchać się w potrzeby córeczki, zależy jej, żeby czuła się dobrze, a przecież nie wiadomo dziś, jak rozwinie się jej osobowość. Jeszcze w ciąży uświadomiła sobie wyraźnie, że dziecko nie będzie kopią jej samej, że choć będzie miało trochę z niej, trochę z Piotra, to przede wszystkim będzie sobą. I tę osobność trzeba będzie uszanować. Dlatego, jak mówi, nie da się naszkicować macierzyństwa, wypisać planu w punktach i potem skrupulatnie go realizować.

„Moja mama działała instynktownie, nie przygotowywała się do tej nowej roli, weszła w nią naturalnie, próbując być nowoczesną kobietą w czasach, kiedy było to trudniejsze niż dziś – mówi Lara. – Ja też doceniam siłę instynktu. Oboje z Piotrem chcielibyśmy być na pewno bardziej obecnymi rodzicami, a praca zdalna jest tu dużym ułatwieniem. Na pewno w życiu naszej trójki będzie dużo podróży, podobnie jak w moim dzieciństwie. Obserwujemy Nenę i widzimy, że jej ten tryb nie przeszkadza, dobrze się z tym czuje, ciekawi ją świat, nie płacze w samochodzie. Lubi wycieczki, lubi być na zewnątrz”. Pierwszą dłuższą wyprawę czteromiesięczna Nena ma już za sobą: pięciogodzinny lot na Fuerteventurę, gdzie rodzina była przez siedem tygodni, spędziła bez chwili płaczu, a pasażerowie dopiero po wylądowaniu zorientowali się, że na pokładzie jest niemowlę.

„Żyjemy bardzo dynamicznie” – mówi Lara, a pytana o codzienny rytm życia rodziny odpowiada: „Nena budzi się jako ostatnia z nas; wstajemy więc gdzieś między 6.30 a 7.30 i zazwyczaj spędzamy cały dzień razem. Oboje mamy mnóstwo pracy, każde z nas prowadzi biuro w domu, a kiedy jedno z nas musi popracować, drugie zajmuje się dzieckiem. Nie ma tu twardych podziałów, sztywnych reguł – wszystko rozgrywa się na miękko. Pewnie gdyby płakała cały czas, potrzebowałaby ustalonego programu, stałych pór karmienia i snu, ale ona śpi, kiedy chce, i jest karmiona na żądanie. Przyglądamy się jej z uwagą, staramy się wsłuchać w jej potrzeby”.

Co będzie, kiedy Nena trafi do szkoły? Lara szkołę wspomina źle: jako opresyjną, formatującą, krzywdzącą instytucję. Nastawiona na kreatywność, współpracę z innymi, jest przeciwna dominującej pazerności na własność intelektualną. „Mam nadzieję, że do momentu, kiedy Nena trafi do szkoły, ten system się przeobrazi i uda się znaleźć fajne miejsce, w którym nie wszystko działa sztywno od a do  zet. Chciałabym, żeby była wychowywana w duchu otwartości, żeby była wrażliwa na krzywdę ludzką, na potrzeby innych ludzi. Ale mimo że jestem tak bardzo skupiona na jej potrzebach, chciałabym też, żeby nauczyła się dobrych manier. Mam nadzieję, że wchłonie tę kindersztubę na zasadzie infuzji, obserwując swoje środowisko. Staram się jednak nie planować zbyt wiele, bo planowanie rodzi oczekiwania, a oczekiwania rozczarowania. Zobaczymy”.

Kiedy restauratorka mówi o kindersztubie, automatycznie uruchamia się skojarzenie z dzieckiem rozrabiającym w restauracji. Lara zawsze wiedziała, że jest to niedopuszczalne. Idąc do restauracji jako dziewczynka, zdawała sobie sprawę, że wkracza w świat dorosłych, co traktowała jako nobilitację, kredyt zaufania. Wiedziała też, że z tej okazji nie będzie miała taryfy ulgowej. 

„Musiałam się podporządkować – opowiada. – Małpowanie w knajpie nie wchodziło w grę. Sama jestem fanką tego, żeby zabierać dzieci do restauracji jak najwcześniej, i wiem, że im później to zrobimy, tym trudniejsza to będzie przygoda. Trzeba je konfrontować z tym, że wchodzą w świat dorosłych, ale też z tym, że panują tu inne zasady niż na placu zabaw”.

REKLAMA

Lara Gesslerfot. Kamil Majdański/MPP

Bez lukru

Po porodzie Lara zachowała szczupłą sylwetkę, ale nie było to obarczone forsownym treningiem. Nie stanęła do wyścigu matek celebrytek, w którym o wygranej decyduje rekordowo krótki czas, w jakim udaje się wrócić do formy i odzyskać płaski brzuch. „To absurd, można zrobić sobie krzywdę” – mówi krótko. I dodaje, że Nena ma cztery miesiące, a ona przez ten czas nie wykonała ani jednego ćwiczenia, poza rozciąganiem się piłce. „Ciało musi wrócić do siebie. Muszę przyglądać się uważnie, co się z nim dzieje, żeby nie pogłębić uszkodzeń, do których mogło dojść podczas porodu. I apeluję: przestańmy się porównywać, bo to jest szalenie krzywdzące i może przynieść jedynie frustrację i łzy. Skupmy się na tym, co jest ważne: na więzi z dzieckiem, karmieniu, które czyni cuda i daje nam szansę na powrót do sylwetki w rozsądnym czasie. O wysportowanym, szczupłym ciele pomyślimy, kiedy uda nam się uszanować naszą faktyczną fizyczną formę. Próba zaczynania treningu w połogu to zgoda na udział w absurdalnym wyścigu zbrojeń”.

Podczas ciąży i po porodzie pobłażała sobie, ale z umiarem. Ponieważ nie znosi uczucia przejedzenia, jadła wszystko, na co miała ochotę, tyle że w rozsądnych ilościach. Jeśli miała ochotę na słodkie, nie zamawiała deseru na deser, ale zamiast obiadu, traktując go jako osobny posiłek. „Francuzki jedzą słodycze na śniadanie i niespecjalnie im to szkodzi. Cała rzecz w tym, żeby nie oszukiwać się, dobrze rozplanować posiłki, nie pogrążyć się w obżarstwie, na które pozwalamy sobie czasem, będąc w ciąży” – mówi.

Dwa tygodnie po porodzie miała szalony apetyt na słodycze, których na co dzień nie jada wiele. Spełniała kaprysy swojego organizmu, wychodząc z założenia, że jest w takim szoku, iż istotniejsze niż martwienie się o figurę są jego bieżące potrzeby. Dziś twierdzi, że z córeczką przy piersi nie odmawia sobie niczego i że nie ma rzeczy, której by nie jadła – no, może poza słoikiem kiszonego czosnku.

Dobra dla siebie

Tego, żeby nie być przesadnie restrykcyjną wobec diety, nauczyła się jako młoda dziewczyna, kiedy wpadła w ortoreksję, obsesyjnie pilnując zdrowych posiłków. Chciała przejść na dietę wegańską – mama powiedziała, że zgodzi się, ale pod warunkiem że posiłki będą zbilansowane, a wyniki Lary w porządku. „Potraktowałam to zadaniowo. Wyniki badań krwi były wzorcowe, ale uaktywniła się też potrzeba nadmiernego porządkowania świata” – opowiada. I choć w projekcie pod nazwą „Dieta” nie chodziło jej o to, żeby być chudą, czerwona lampka u Magdy Gessler zapaliła się, kiedy Lara ważyła 45 kg.

„Skutki tej obsesji były druzgocące, z czego nie zdawałam sobie sprawy, bo w takich sytuacjach człowiek nie jest w stanie spojrzeć na siebie z dystansem. Z ortoreksji wyciągnął mnie lęk, że nie będę mogła mieć dzieci. Takie zaburzenie to choroba głowy; zostaje z tobą na całe życie, musisz się nauczyć z nim żyć. Mnie pomógł w tym sport”. Aktywności w mediach społecznościowych Lara Gessler nie traktuje jako okazji do chwalenia się przed obserwatorami fajnym życiem – raczej jako możliwość przemycenia między ładnymi zdjęciami własnego podejścia do świata. Także tego dotyczącego ciąży i macierzyństwa. „Najważniejszy jest w nim luz, bo to nie jest tak, że nagle, rodząc dziecko i zostając matką, przestajesz być kobietą, jaką byłaś dotąd – tłumaczy. – Chodzi o to, żeby nie zamęczać się myślą, że oto wpadłaś w inną kategorię, z osoby czerpiącej radość z życia stałaś się tylko i wyłącznie dawcą dla tej malutkiej istoty. Naprawdę, da się łączyć różne role, nie rozdzielając ich, pozwalając im się nawzajem dopełniać i wychodząc z założenia, że żadna z nich nie jest najważniejsza. Warto powiedzieć sobie: »Jestem matką, to naturalny stan«. I nie walczyć z macierzyństwem, lecz poddać mu się”.

ZOBACZ TEŻ: Ch**owa Pani Domu - perfekcyjnie nieidealna

Zobacz również:
Moja trenerka ma na imię Anita. Nie istnieje w realu, więc mogę ją nazywać tak, jak chcę. To jedyny moment, kiedy wolno mi trochę się porządzić, bo od pierwszego gwizdka to Anita przejmuje stery i krok po kroku prowadzi mnie do życiowej formy. Z tej recenzji dowiesz się, czy Program Treningu Biegowego Polar to również rozwiązanie dla Ciebie.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA