Anita Werner: Jeżeli coś robię, angażuję się na 100%. Nigdy nie odpuszczam

Gdyby ktoś powiedział mi półtora roku temu, że przebiegnę półmaraton, potraktowałabym to jak dobry żart” – opowiada. W kwietniu ubiegłego roku z trudem pokonała niewiele ponad trzy kilometry, a w październiku przebiegła 21 km z kawałkiem. Wie, że tylko od niej zależy, kiedy zacznie działać i ile z siebie da.

Anita Werner w Women's Health fot. Kamil Majdański/MPP

Mogę wszystko i tylko ode mnie zależy, czy po to sięgnę. Na tym przekonaniu opieram moją skuteczność w pracy i w realizacji marzeń” – mówi Anita Werner. I podkreśla, że zasadniczą rolę odegrał tu dom rodzinny. Powiedzenie, że „coś wynosi się z domu”, nie wzięło się przecież znikąd. Z domu można wynieść rzeczy dobre, ale też trudne do uniesienia ciężary.

REKLAMA

Ja nasiąkłam tym, co inspirujące, fajne, dobre, motywujące” – dodaje. Wyrastała w domu inteligenckim: ojciec jest doktorem nauk mechanicznych, mama była chemikiem i tworzyli parę żądnych wiedzy, spełniających się zawodowo, otwartych na świat ludzi.

Odkąd pamiętam, miałam otwarte możliwości i horyzonty. Kiedy zapragnęłam grać na fortepianie, rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej, jeśli zamarzył mi się taniec, zaczęłam chodzić na zajęcia taneczne w domu kultury, jeśli sport, to klub tenisowy, jeśli pływanie, mogłam chodzić na basen. Tych zajęć było mnóstwo, a rodzice pozwolili mi posmakować wszystkiego, na co miałam ochotę, co powodowało, że miałam wybór, mogłam sprawdzać, co mnie naprawdę zainteresuje. W domu znajdowałam inspirację i motywację. Nigdy nie usłyszałam: »Nie biegaj, bo się przewrócisz«, »Nie rób tego, bo to dla dorosłych«. W części tych aktywności rodzice brali udział. Jazdę na nartach szkoliłam u boku taty, z tatą grywałam także w tenisa, chodziłam po górach, a bieganie, które dziś staje się moją pasją, obserwowałam też w jego wydaniu – co tydzień, w niedzielę, wyruszaliśmy na spacer do lasu, tzn. my z mamą i bratem spacerowaliśmy, a tata biegał. Z kolei taniec był dziedziną mamy, która kiedyś była w balecie. Rodzice popychali mnie w różnych kierunkach, uchylając kolejne furtki, za co jestem im niezwykle wdzięczna. Dzięki nim miałam dzieciństwo pełne przygód” – opowiada.

Wypełniony zajęciami kalendarz nie był w jej przypadku odzwierciedleniem ambicji rodziców i potrzeby programowania dziecka na sukces. „To rodzice podążali za moimi pomysłami – podkreśla. – Kiedy jeździłam z tatą na samochodowe rajdy i przestawiałam karty zegara na punktach kontroli czasu, to dlatego, że ja tego chciałam, nie tata. Nigdy nie czułam się przytłoczona kolejnymi wyzwaniami. Owszem, gdy wracałam z treningu tenisa i wdrapywałam się na trzecie piętro, opadałam z sił i musiałam swoje odsiedzieć na taborecie w przedpokoju, zanim usiadłam do kolacji, ale to było wynikiem zwykłego fizycznego, treningowego zmęczenia”.

I chociaż nigdy nie miała wolnego czasu w nadmiarze, nie narzekała na to. „Wychodziłam z założenia, że mój wolny czas nie polega na nicnierobieniu, ale na aktywności i odkrywaniu. To ukształtowało moje DNA ciekawości świata”.

ZOBACZ TEŻ: Martyna Wojciechowska: Naprawdę silny mężczyzna nie boi się silnej kobiety

Słodycze do niej nie mruczą

Rodzice byli dla niej inspiracją. Tata, poza tym, że nauczył ją jeździć na nartach czy zainteresował sportami samochodowymi, był wiecznie zajęty. Oprócz etatu na Politechnice Łódzkiej, pracował jako biegły sądowy, robił ekspertyzy jako rzeczoznawca samochodowy, sędziował na rajdach samochodowych. Nigdy nie widziała go leżącego na kanapie z gazetą – i to też było inspirujące. Mama z kolei dbała o domową dietę i zdrowy tryb życia, a to kwestie, które w latach 80., kiedy Anita dorastała w Łodzi, nie były zbyt popularne. „Mama wiedziała sporo o medycynie chińskiej, o akupunkturze. Pamiętam, jak opowiadała mi, jak po stanie poszczególnych zębów można poznać, czy konkretne narządy w naszym ciele dobrze funkcjonują – opowiada. – Potrafiła wskazać punkty na stopie, odpowiedzialne za wątrobę czy trzustkę. Wtedy wydawało mi się to magiczne, abstrakcyjne; dziś coraz bardziej doceniam tę wiedzę. No i dieta: mama fundowała nam oczyszczanie organizmu i pamiętam, jak mój tata siedział załamany nad kolejnym talerzem, na którym bezskutecznie poszukiwał kawałka mięsa. Czuł się pewnie trochę jak ofiara testów dietetycznych, ja przeciwnie: eksperymenty mamy kupowałam totalnie, pociągało mnie próbowanie nowych rzeczy, przygody kulinarne w czasach, gdy nie było świadomości diety roślinnej. Wydawało mi się to fascynujące”.

Dziś w kuchni Anity Werner popisowym daniem jest poranne musli. „Nie gotuję, jeśli nie muszę: to stanowczo nie moja dyscyplina – przyznaje. – Ale bardzo doceniam ciekawe smaki i lubię jeść. Na szczęście dziś można zdrowo się odżywiać, nie przygotowując skomplikowanych dań. Słodycze do mnie nie mruczą, czego zazdroszczą mi niektóre koleżanki. Mruczy do mnie natomiast bagietka z masłem, ale robię wszystko, żeby to mruczenie wygłuszyć”.

W codziennym życiu stosuje też inną dietę: dba o czystość atmosfery wokół siebie i wcale nie chodzi tylko o smog. „Trzymam się z dala od złych emocji” – zapewnia.

Dziewczyna dobrze ułożona

Szybko się usamodzielniła. Jako nastolatka została modelką, mając 17 lat trafiła na plan filmu „Słodko gorzki” Władysława Pasikowskiego, później zagrała też w serialu telewizyjnym. Kiedy miała 23 lata i studiowała jeszcze kulturoznawstwo, trafiła do TVN24, gdzie zaczynała jako reporterka. Pytana, czy rodzice nie obawiali się o jej wejście w świat modelingu czy kina, odpowiada, że w domu rodzinnym nigdy nie było strachu, były natomiast zasady. O sobie ówczesnej mówi: „Dobrze ułożona dziewczyna z dobrego domu”. I dodaje: „To się mamie bardzo udało, wykształciła we mnie gen odpowiedzialności. Jak miałam wrócić o 23, to wracałam o 23, a zaufanie rodziców procentowało w kolejnych latach. Mama nigdy by mi nie pozwoliła na pracę modelki, nie wiedząc, że może mi zaufać. A ja nie robiłam bzdur, nie szalałam, byłam rozsądna. Przy czym nie oznacza to, że nie byłam szalona, bo ciekawość świata była dla mnie zawsze motorem napędowym, i pewnie także dzięki temu potrafię cieszyć się życiem”.

W pakiecie cech wyniesionych z domu znalazło się też więc poczucie odpowiedzialności, które nie pozwalało robić głupot, wyrobiło odporność na manipulację i tzw. złe towarzystwo. „To mnie trzymało w bezpiecznej odległości od złych wpływów, poza tym miałam szczęście do ludzi, a rodzice zawsze i tak mieli mnie na oku. Chcieli zawsze poznać i zaakceptować osoby, które zawodowo zbliżały się do mnie w tym nastoletnim okresie: czy to z agencji modelek, czy z produkcji filmu. Kiedy brałam udział w konkursie dla modelek »The Look of The Year« i miałam wyjechać na eliminacje do innego miasta, jechali ze mną. Nigdy nie wypuszczali mnie na nieznany grunt – to był dobry sposób na zdrową kontrolę rodzicielską. Pewnie także dzięki temu mój okres dojrzewania wspominam jako fajny czas, nieskażony większymi dramatami”.

Anita Werner w Women's Healthfot. Kamil Majdański/MPP

Frajda przychodzi z sukcesem

W domowym pakiecie, poza odpowiedzialnością, była też obowiązkowość, w myśl zasady: „Jak coś zaczynasz, skończ”. Od początku sprawa była jasna: cokolwiek się zdarzy, na pierwszym miejscu będzie szkoła; plany zdjęciowe i filmowe poczekają, jeśli oceny nie będą w porządku. Były. Jasne było też, że konsekwencją liceum muszą być studia. Choć był moment, gdy wymyśliła, żeby jak w amerykańskich filmach zafundować sobie „gap year” i na rok pojechać do USA.

„Rodzice skutecznie wybili mi to z głowy – opowiada. – Tak jak wcześniej wytłumaczyli mi, że modeling to nie jest zajęcie na całe życie, że powinnam to traktować jako przygodę. Przekonali mnie, że naukę warto kontynuować, nie warto robić przerw. I z perspektywy osoby 43-letniej wiem, że to było dobre. Później i tak czekały na mnie kolejne życiowe przygody”.

W budowaniu pewności siebie i poczucia własnej wartości swoją rolę odegrał też perfekcjonizm. W sumie to on sprawił, że efektownie rozpoczętą karierę filmową błyskawicznie zakończyła. Bez specjalnego żalu. „To proste – odpowiada dziś tym, którzy dziwią się tamtej decyzji sprzed lat. – Cokolwiek robię, dążę do doskonałości. A będąc na planie filmowym, szybko zdałam sobie sprawę, że aktorstwo to nie jest moja dyscyplina. Spróbowałam, jak to jest, ale umówmy się: byłam kompletną amatorką, nie żadną aktorką. Na planie filmowym wokół mnie były aktorskie gwiazdy, było wielu młodych zawodowych aktorów. Oczywiście, że dostałam wielkie wsparcie i dałam z siebie wszystko, ale w momencie, w którym czuję, że to nie jest moja droga, ruszam dalej”.

Równanie z niewiadomą

Na antenie spokojna, wyważona, w rozmowach celnie punktująca słabe strony rozmówców. Zawsze perfekcyjnie przygotowana. Nigdy nie traci nerwów – na złość, rozpacz, wzruszenie daje sobie przestrzeń, gdy wie, że kamery są wyłączone. To połączenie perfekcjonizmu i pewności siebie z opanowaniem zapewniły jej zawodową pozycję potwierdzoną nagrodami: trzema Wiktorami, czterema Telekamerami, dwiema nominacjami na Dziennikarza Roku i trzema przyznanymi przez studentów dziennikarstwa MediaTorami. W jednym z artykułów przeczytała kiedyś o sobie: „Zimna jak luksusowa lodówka, jak narzeczona Klossa”.

Kiedy trafiła do TVN24 20 lat temu, była w dziennikarstwie „zielona jak trawa na wiosnę”. I wyglądała młodo, bardzo młodo, a to nie budziło zaufania, więc żeby dodać sobie trochę powagi, wbijała się w garnitury. Wcześniejsza praca modelki też nie pomagała – wręcz stała się przekleństwem dla początkującej reporterki, która musiała poczekać parę ładnych lat, żeby poczuć się na tyle pewnie ze swoją wiedzą i doświadczeniem, by stanąć przed kamerą, nie podkreślając swojej powagi marynarką.

Pewność siebie w swoim zawodzie zdobywałam każdego dnia ciężką pracą, budowaniem doświadczenia, poszerzaniem wiedzy, podpatrywaniem najlepszych – wspomina. – Dziennikarz newsowy nigdy nie będzie kompletny jako 23-latek: w tym wieku może być zaledwie dobrym materiałem na dziennikarza. Od początku jednak czułam, że dziennikarstwo jest moją drogą. I pracą, zaangażowaniem, oddaniem budowałam własną markę. To od nas przecież zależy, na ile mocna będzie marka, którą zbudujemy. Tu nie ma cudów: wiedza, umiejętności, doświadczenie są kapitałem, który nie spada z nieba. Dla mnie przywilejem i zaszczytem w tym wczesnym okresie było mieć na wyciągnięcie ręki starszych kolegów, którzy byli najlepsi na tym rynku. Reporterzy Faktów byli naszymi guru. Koledzy, którzy razem ze mną zaczynali pracę w TVN24, bali się do nich podejść, pogadać, a ja zapukałam do ich legendarnego pokoju i powiedziałam: »Nazywam się Anita Werner i chciałabym się czegoś nauczyć«. Mogłam ich obserwować, pytać, prosić o wskazówki; traktowali mnie jak młodszą siostrę, którą trzeba trochę w życiu pokierować. Dzięki determinacji, która mi od początku towarzyszyła, dziś, po 20 latach, mogę spokojnie potwierdzić: było warto. Na co dzień zapominamy, że sukcesy nie pojawiają się ot tak, po prostu, sukcesy »się nie udają«. Ciężko się na nie pracuje. Dla mnie ogromną inspiracją są sportowcy. Ich historie powinno się opowiadać dzieciom w szkołach. I nie mówię tu wcale tylko o Robercie Lewandowskim, choć akurat jego sportowa historia to gotowy przepis na spełnianie marzeń. Przed igrzyskami w Tokio spotkałam się z sześcioma polskimi mistrzami, którzy szczerze opowiedzieli mi, jaka jest cena ich sukcesu, jak na co dzień wygląda ich droga do zwycięstwa, ile kosztuje bólu i zmęczenia. Ile porażek jest w drodze do celu, który chce się osiągnąć. Te rozmowy i spotkania można zobaczyć w programie »Tokio. Cena sukcesu« w TVN24GO, a od 23 maja także w TVN24. Tak, nigdy nie wolno się poddawać, a Ci którzy noszą na szyi medale albo trzymają w rękach puchary, mogą być niesamowitą inspiracją. Są herosami, ale są też tylko ludźmi” – przekonuje.

Dodaje, że wiedza, doświadczenie, perfekcyjne przygotowanie nie wystarczą, żeby stworzyć dobrego dziennikarza. Trzeba mieć w sobie ciekawość świata i potrzebę zadawania pytań, ale też odwagę, żeby przyznać się przed samym sobą, kiedy czegoś się nie wie. Nie sposób wiedzieć wszystkiego, za to można chcieć się dowiedzieć

REKLAMA

REKLAMA

Anita Werner w Women's Healthfot. Kamil Majdański/MPP

Konsekwentnie konsekwentna

„Jeśli coś robię, angażuję się na sto procent, nie tylko w pracy” – mówi. Kolejnym elementem puzzli, które układają się w budowanie poczucia własnej wartości, jest zatem konsekwencja, niezbędna we wszystkim: od pracy po budowanie formy fizycznej czy odchudzanie. W ubiegłym roku Anita Werner przebiegła półmaraton, choć gdy wyszła na pierwszy trening biegowy, wydawało się jej to czystą abstrakcją. „Osiągnęłam cel, bo byłam konsekwentna, nie odpuszczałam, choć wiele razy mi się nie chciało. Nie poddawałam się. Czasem nie starczało czasu w ciągu dnia, więc żeby nie zawalić treningu, zaczynałam biegać przed północą, a kończyłam w nocy – opowiada. – Dawałam z siebie wszystko także dlatego, że miałam przy sobie Michała, który mnie motywował. Bardzo mi pomógł, ale nawet jego motywacja nic by nie dała, gdybym to ja nie chciała wygrać sama ze sobą. Wiem, co mówię, bo od kwietnia do października ubiegłego roku przebiegłam w sumie 502 kilometry – to jest możliwe”.

Na bieganie namówił ją Michał Kołodziejczyk, jej partner życiowy, dziennikarz sportowy, dyrektor Canal+ Sport. Sama mówi, że nigdy nie lubiła biegać, a kiedyś, gdy trenowała tenis ziemny, treningi biegowe były dla niej największym koszmarem. Tym razem potraktowała bieg jak wyzwanie, i to zadziałało. „Chciałam się sprawdzić, przekonać się, czy dam radę” – wyjaśnia.

Ogłoszono pierwszy lockdown, siłownie zostały zamknięte, przez co sportowe aktywności zostały poważnie ograniczone. Najprościej było biegać. „Michał zaplanował treningi, a ja mu zaufałam, bo wiedziałam, że się na tym zna. Najtrudniej było się przełamać, zacząć robić coś, czego nie znosiłam, ale chęć sprawdzenia się była tak duża, że mnie do tego popchnęła. Pierwszego dnia padłam po przebiegnięciu 3200 metrówto było wszystko, na co było mnie stać. Drugiego powiększyłam dystans do 4200 metrów, nie zrażając się gorszą formą czy zmęczeniem. I tak krok po kroku, kilometr po kilometrze. To jest właśnie moja konsekwencja i pracowitość. I dziś mogę sama powiedzieć wszystkim, którzy próbują z sobą wygrać: nie poddawajcie się, kiedy upadacie, bo porażki są wpisane w zwycięstwo. A zwycięstwem nie musi być wygrana w wyścigu, może to być zwycięstwo nad samą sobą. Dziś ja, która nie cierpiałam biegać, czuję frajdę, gdy przebiegnę 5, 10 czy 15 kilometrów. Poza tym sport dobrze robi na głowę, i to akurat wiem od dawna. Dobrze mieć w życiu jakiś wentyl bezpieczeństwa i dobrze z niego korzystać zwłaszcza wtedy, gdy żyjemy w pędzie, a chcąc być najlepszymi mamami, żonami, córkami czy partnerkami, zapominamy o tym, żeby znaleźć kawałek przestrzeni tylko dla siebie. Na co dzień mamy sporo na głowie, musimy być w dobrej formie”. 

Nie ma iniemamocnych

Z tego, że nie jest w stanie zadbać o cały świat wokół, że potrzeba bycia supermanką prowadzi do samozagłady, zdała sobie sprawę stosunkowo niedawno. „Michał mnie nauczył, że nie muszę wszystkiego ogarniać – opowiada. – Do dziś mi przypomina, jak podjechał kiedyś ze mną na stację benzynową, a ja natychmiast wyskoczyłam z samochodu, żeby zatankować i umyć szyby. Ochrzanił mnie wtedy potwornie. A ja zrozumiałam, że są takie pola w moim życiu, które powinnam oddać, że nie muszę ogarniać całego świata, bo finał może być tylko taki, że mnie ten świat przygniecie”.

Ta świadomość, że nie może być „iniemamocną”, która ogarnia rodzinę, a potem rusza ratować świat, dotarła do niej dopiero w dojrzałym życiu, kiedy pozwoliła sobie na przestrzeń, na słabości i na gorsze dni. Dzięki partnerowi zrozumiała, że choćby nie wiedzieć jak się starała, nie będzie zawsze perfekcyjna. I poczuła ulgę.

Michał przypomina mi na każdym kroku, że mogę odpuścić, bo on jest obok – mówi. – Ta świadomość, że jest przy tobie ktoś, kto weźmie na siebie część obowiązków, jest bardzo ważna. A Michała słucham i – jak pokazał ostatni rok – świetnie się dogadujemy także w pracy. Spędziliśmy 12 miesięcy, pracując razem nad książką »Mecz to pretekst. Futbol, wojna, polityka« i okazało się, że fantastycznie nam wychodzi taka współpraca na pełnych obrotach, kiedy każde nas jest, po pierwsze, dziennikarzem, reporterem, od rana do wieczora, w podróży, w akcji. Dużo mi daje poczucie, że możemy wiele nauczyć się od siebie nawzajem, już zanim zaczęliśmy pisać książkę, Michał pokazał mi, że piłką nożną można wytłumaczyć świat i dla mnie to było fascynujące odkrycie”.

W jej życiu ostatni rok przyniósł jeszcze jeden przełom. Po latach trzymania się z dala od mediów społecznościowych pojawiła się na Instagramie. Nie spotkamy tam „narzeczonej Klossa”, ale zupełnie inną Anitę Werner: bez makijażu, zmęczoną po treningu, w słońcu. Szczęśliwą, spełnioną, zawsze z szerokim uśmiechem na twarzy.

Moja obecność na Instagramie nie jest wynikiem kalkulacji czy próby przełamania wizerunku chłodnej i opanowanej pani z telewizji – wyjaśnia. – Social media dają możliwość kontaktu z ludźmi, podzielenia się z obserwatorami jakąś częścią życia. Nie bez powodu pokazuję tam sport, zdrowy styl życia, podróże, kawałki świata, które odkryłam. Na zdjęciach prywatnych wyglądam i zachowuję się inaczej niż w studiu – to oczywiste. Jeśli moje bieganie, zdjęcia z podróży zainspirują kogoś do działania, odkrywania, pozytywnej zmiany, będę się tylko cieszyć”.

ZOBACZ TEŻ: Areta Szpura i Agnieszka Rylska - Chcemy pokazać, że ludzie nie muszą się wstydzić tego, kim są ani co czują

Zobacz również:
W serwisie HBO GO można już obejrzeć film dokumentalny o mistrzyni MMA Joannie Jędrzejczyk. Jak wrażenia po seansie "Niezwyciężonej"?
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA