[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
4.0

Nic w życiu nie jest dane raz na zawsze [rozmowa z Anną Lewandowską]

Od zawsze był w niej duch „fighterki”, która walczy o medale w karate, o rodzinę i w końcu o to, by dobrze się czuć w swoim ciele. Jednak ostatnio zamiast walczyć, woli pomagać innym. Poznajcie dwa oblicza Ani Lewandowskiej.

"Nieustannie się rozwijaj, bo nic w życiu nie jest dane raz na zawsze."

Gdy spacerowali z Klarą, do Ani i Roberta podeszła ostatnio pewna kobieta. I poprosiła o zdjęcie. Robert już zaczął się szykować, gdy ona natychmiast zareagowała, mówiąc: „Ale ja chcę mieć pamiątkę z Anią, cóż mogę poradzić, że wolę zdjęcie z żoną”. I zaczęła się śmiać. „Oczywiście, że ludzie częściej chcą robić zdjęcie z Robertem, proszą o autograf. Ale zdarzają się w naszym życiu i takie zabawne sytuacje” – mówi WH Ania Lewandowska. I choć podchodzi do nich ze sporym dystansem i śmiechem, to trzeba przyznać, że od zawsze pracowała i wciąż pracuje na własny wizerunek. Kobiety, która nie jest jedynie żoną jednego z najlepszych piłkarzy świata, bo od początku miała pomysł na siebie. A że ten pomysł kapitalnie idzie w parze z tym, co robi mąż – nic, tylko się cieszyć, że – jak mówi Ania - „Team Lewandowskich nie osiada na laurach, tylko wciąż poszukuje nowych wyzwań”.

Znajdź swoją pasję

Przyspieszony kurs samodzielności przeszła w dzieciństwie. Właśnie stawała się nastolatką, gdy rodzinna sytuacja zmusiła ją do tego, by w jakimś sensie wziąć odpowiedzialność za siebie, mamę i brata. „Nie chcę tego opowiadać, nie lubię wracać do tamtych chwil, ale tak, to prawda, że był taki moment, w którym życie dorastającej dziewczynki wywróciło się do góry nogami. Było trudno, ale dziś jestem zdania, że – jak to mówią – co cię nie zabije, to cię wzmocni. Wyszłam z tego doświadczenia doroślejsza i z poczuciem, że nie warto płakać nad losem, tylko trzeba brać sprawy w swoje ręce” – mówi Ania. Tak narodziła się w niej „fighterka”, dziewczyna, która nigdy się nie poddaje i ciągle podnosi sobie poprzeczkę.

ZOBACZ TEŻ: Anna Lewandowska w Women's Health - backstage sesji okładkowej [wideo]

Za sprawą mamy i wujka trafiła na zajęcia karate. Po jakimś czasie wiedziała, że sport to jest to, co chce robić w życiu. Porzuciła pielęgnowane w zgodzie z rodzinną tradycją plany o łódzkiej Filmówce i postanowiła zostać sportsmenką. Sporo to wymagało wysiłku, bo przecież cała rodzina Ani Lewandowskiej to artyści. Mama, Maria Stachurska – reżyserka i producentka, tata, Bogdan Stachurski – operator filmowy, ojciec chrzestny Jacek Bławut – reżyser. Miała naturalnie iść w ich ślady, jednak zmieniła scenariusz na życie i postanawia, że Filmówki nie będzie, bo woli zająć się sportem.

Trenowała, zdobywając kolejne tytuły w swojej karierze, także jako reprezentantka Polski w karate tradycyjnym. Wywalczyła 38 medali: na mistrzostwach Europy, mistrzostwach świata i na mistrzostwach Polski. A przecież pracowała nie tylko na nie, ale też na życie, takie codzienne.

„Wyrosłam w domu, w którym były pieniądze, ale potem nagle ich zabrakło. I trzeba było sobie jakoś radzić”. Ze sportu miała stypendium, a parę dodatkowych groszy wpadało z jej dorywczej pracy, gdy trenowała dzieci w Pruszkowie i Podkowie Leśnej. Opowiada o tamtych czasach z wielką dumą, nie ze smutkiem. „Bo to szkoła samodyscypliny i kurs zdrowego stosunku do pieniędzy, który uczy, że nic nie jest w życiu dane raz na zawsze, że na wszystko trzeba nieustannie pracować, i że pracując nie należy tego robić tylko dla pieniędzy. Jeśli coś robisz z pasją, nie czujesz poświęcania się, lecz satysfakcję, a przy okazji zarabiasz. Chciałabym i myślę, że pozwolę w przyszłości mojej córce, by jako młoda dziewczyna próbowała zarabiać swoje pieniądze” – podkreśla Ania.

REKLAMA

REKLAMA

Podnoś poprzeczkę

Jak każdy sportowiec uwielbia porządek i zaplanowane dni. Jednak od czasu, gdy urodziła się Klara, wstaje – jak mówi – wtedy, gdy potrzebuje tego jej księżniczka. Teraz w ich życiu rytm nadaje dziecko. Jednak są pewne niezmienne zasady. „Posiłki staramy się jeść zawsze razem” – mówi Ania Lewandowska. Godzina 8.00. Siadają do śniadania, wszystko pięknie i zdrowo przyrządzone. Ale Robert wie, że bez zielonego światła od żony posiłku nie może tknąć.

Bo gdy wszystko ustawię na stole, to lecę po aparat. Robert cierpliwie czeka i dopytuje: »Aniaaaa, kiedy zrobisz zdjęcie naszemu posiłkowi, bo chcę jeść?!« Wtedy pstrykam kilka fotek i odpowiadam: »Tak, kochanie, możesz już jeść«” – śmieje się. I przyznaje, że nauczyła się z czasem tego, by wykorzystywać różne sytuacje w ciągu dnia w swoich zawodowych zajęciach.

ZOBACZ TEŻ: Wolę spróbować, niż żałować, że czegoś nie spróbowałam [rozmowa z Anją Rubik]

Gdy Klara ma drzemkę, słucham wykładów z coachingu, dietoterapii, żywienia, flory bakteryjnej, słowem wszystkiego, w czym nieustannie muszę podnosić kompetencje. Nie mogę już tak często wyjeżdżać na szkolenia, więc uczę się przez internet” – wyjaśnia Ania. I zaznacza, że jednym z jej najważniejszych celów w życiu jest to, by nigdy nie osiąść na laurach. Gdy spotyka dawnych kolegów z klubu karate, mówią jej: „Anka, a ty wciąż taka sama, wciąż podnosisz sobie poprzeczkę”. Wie, że mają rację, i wie, że tę nieustającą chęć podnoszenia swoich możliwości mają ludzie, którzy uprawiają sport. „Staraj się nie myśleć, że skoro już schudłaś, skończyłaś kurs, studia czy też napisałaś książkę, to już zrobiłaś swoje. Wyznaczaj kolejne cele, może czasami nie będzie Ci łatwo, ale będziesz się czuła spełniona i szczęśliwa. Nie będziesz płakać nad porażką, tylko wyznaczysz sobie nowe zadanie” – radzi Ania.

REKLAMA

Szukaj pozytywów

Po ostatnim meczu polskiej reprezentacji, który wprowadził naszych piłkarzy na mundial, była na Stadionie Narodowym, kibicując biało-czerwonym i przede wszystkim Robertowi. Gdy piłkarze wchodzili na murawę w asyście dzieci, on pchał wózek z niepełnosprawnym Franiem. „Ryczałam jak bóbr i byłam taka z niego dumna” – mówi Ania z ogromnym wzruszeniem. Po meczu jednak w internecie można było częściej przeczytać o tym, ile pieniędzy miała na sobie Lewandowska, aniżeli o wzruszającym i ważnym geście kapitana polskiej reprezentacji. Jednak – jak mówi Anna Lewandowska – przez lata nauczyła się nie marnować czasu na ludzi i sytuacje, które są z gruntu toksyczne i poza chęcią sprawienia komuś przykrości niczemu nie służą. „Wiem też, że hejt jest po prostu złym nawykiem. Często przecież słyszymy: »Ona fajnie wygląda, ale… «.

Ja pytam: po co »ale«? Lepiej mówić: »Ona fajnie wygląda«. I kropka”. Z drugiej strony podkreśla, że wśród ludzi jest też dobra energia, co widać na jej blogu, odwiedzanym codziennie przez 40 tysięcy osób, na Instagramie ma zaś 1,5 mln odbiorców. Jest pewna, że w życiu trzeba skupiać się na pozytywnych ludziach, dobrych emocjach i istotnych sprawach, takich na przykład jak Olimpiady Specjalne, których jakiś czas temu została prezeską. „Spotkania z tymi wszystkimi ludźmi, a przede wszystkim z zawodnikami Olimpiad Specjalnych, uczą mnie, czemu w życiu warto poświęcić swoją uwagę” – mówi Anna. Radzi sobie z popularnością, również z tą jej ciemną stroną. Nie narzeka na brak czasu, snu i nadmiar zajęć. Nie odcina kuponów od sławy męża, bo doskonale panuje nad własną ścieżką kariery. I nowym wyzwaniem, na pewno największym i najważniejszym – nad macierzyństwem.

Przyznaje szczerze, że nie jest w czepku urodzona, bo ma na swoim koncie również trudne przeżycia. Ale potrafiła sobie z nimi poradzić, potraktować jako ważne doświadczenie, cieszyć się tym, co jest teraz, i marzyć, by móc kiedyś z Robertem, Klarą, a może gromadką dzieci posiedzieć w spokoju nad Wisłą i pracować – nie tylko po to, żeby żyć, ale przede wszystkim nad sobą. Bo, jak powtarza wielokrotnie, w życiu nic nie jest dane raz na zawsze.

ZOBACZ TEŻ: Walczę z perfekcją [historia Emily Skye]

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij