[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.3

Michelle Obama o swoim mężu, rodzinie i Donaldzie Trumpie

Zobaczcie, co była Pierwsza Dama powiedziała jednej z najbardziej wpływowych Amerykanek - Oprah Winfrey.

Wywiad z Michelle Obamą

Na początku września w Hearst Tower w Nowym Jorku słynna amerykańska prezenterka - Oprah Winfrey przeprowadziła rozmowę z byłą Pierwszą Damą Ameryki - Michelle Obamą. Pretekstem do spotkania było wydanie wspomnień żony byłego prezydenta USA -"Becoming. Moja historia", która od 13 listopada jest dostępna w amerykańskich księgarniach i na Amazonie. Oprah, która przyjaźni się Michelle od 14 lat, mówi: "Szczerze polecam, wręcz nalegam, żebyście przeczytali tę książkę. Ta książka (a właściwie to zbiór wspomnień) tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że Michelle Obama jest kobietą wielką. Zapraszam do przeczytania wywiadu, który jest efektem naszej niesamowitej, pełnej pasji rozmowy.

O: Na wstępie chciałam powiedzieć, że nic nie daje mi tyle radości, co dobra książka. Kiedy dostałam "Becoming: Moja historia", byłam z ciebie dumna - zrobiłaś to! Książka jest poruszająca, daje do myślenia i pokazuje prawdziwą, kobiecą siłę. Brawo!

M: Dzięki.

O: Skąd wziął się pomysł na tytuł?

M: Mieliśmy naprawdę długą listę różnych pomysłów. Tytuł "Becoming. Moja historia" najlepiej podsumowuje je wszystkie. Jest takie pytanie, które zadaje się dzieciom (według mnie jedno z najgłupszych) - "Kim chcesz zostać jak dorośniesz?". To tak, jakbyś miała osiągnąć jeden cel w życiu, a potem zatrzymać się w miejscu i nic dalej nie robić.

O: Dorastanie to ciągły, złożony proces.

M: Tak, i nigdy nie wie się, jaki będzie jego następny etap. Zawsze powtarzam to młodym ludziom. Wiesz, kiedy jesteś młoda, często masz w głowie wiek, w którym staniesz się w końcu dorosła. W większości przypadków jest to moment, w którym twoja matka przestaje ci mówić, co masz robić.

O: [śmiech]

M: Prawda jest taka, że każda dekada oferuje mi coś nowego. Coś, czego sobie nawet wcześniej nie wyobrażałam. Gdybym przestała się rozwijać, to z pewnością przegapiłabym wiele niesamowitych rzeczy. Cały czas pracuję nad sobą, cały czas staram się coś odkrywać. "Becoming. Moja historia" to opowieść o mojej życiowej podróży. Mam nadzieję, że książka wywoła dyskusję wśród młodych ludzi na temat ich życiowych dróg.

O: W książce jest wiele odważnych wyznań. Czy nie bałaś się pisać o swoim życiu prywatnym?

M: Nie, ponieważ zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy - ludzie zawsze pytają mnie: "Michelle, jak Ty to robisz, że jesteś taka naturalna?", "Dlaczego tyle ludzi chce się z Tobą utożsamiać?". Doszłam do wniosku, że to dlatego, że ja po prostu lubię siebie. Lubię swoje niedoskonałości. Myślę, że to dzięki temu jestem po prostu sobą. Zawsze staram się być szczera wobec swoich pracowników, wobec młodych ludzi, czy moich przyjaciół. Jest jeszcze jedna, ważna kwestia: Barack i ja, czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy uważani za wzory do naśladowania.

O: Niewątpliwie.

M: Nienawidzę, kiedy osoby publiczne się dystansują i mówią: "Ja nie jestem wzorem do naśladowania. Nie chcę takiej odpowiedzialności". Za późno. Jesteś osobą publiczną i młodzi ludzie Cię obserwują. Ja nie chcę, żeby młodzi patrzyli na mnie i mówili: " Co ona może wiedzieć. Przecież nigdy nie miała problemów, czy lęków. Jej życie zawsze układało się gładko".

O: Nikt, kto przeczytał tę książkę na pewno tak nie pomyśli. Absolutnie.

M: [śmiech]

O: Miliony ludzi zastanawiały się, co słychać u Michelle, jak czuje się po opuszczeniu Białego Domu. Myślę, że nie ma na to lepszej odpowiedzi, niż historia z tostem. Możesz się nią podzielić?

M: Oczywiście. Po ośmiu latach mieszkania w Białym Domu, nadszedł czas na przeprowadzkę. Nie wywiało nas zbyt daleko - kupiliśmy piękną, ceglaną posiadłość, zaledwie kilka przecznic od rezydencji prezydenckiej. Teraz mamy dom z normalnymi drzwiami i z dzwonkiem u drzwi. To całkiem miłe uczucie! W końcu ostatni raz mieszkaliśmy w takim prawie dekadę temu.

O: Szmat czasu!

Dokładnie. Historia z tostem dotyczy jednej z pierwszych nocy w nowym domu. Byłam w nim tylko ja i moje psy (dzieci wyjechały na ferie, a Barack był w jakiejś podróży). Jako Pierwsza Dama nigdy nie jesteś sama. Zawsze w pobliżu są jacyś ludzie - ochrona, służba itp. Nie możesz sobie po prostu wyjść albo otworzyć okien bez robienia zamieszania.

REKLAMA

REKLAMA

O: Nie można otworzyć okna?

M: Nie można. Sasha i Malia (córki) raz spróbowały i po chwili dostaliśmy telefon - "proszę zamknąć okno".

O: [śmiech]

M: A więc, będąc sama w nowym domu, postanowiłam zrobić sobie kolację (oczywiście, w Białym Domu każdy chce zrobić to za Ciebie). Zeszłam do kuchni, zrobiłam sobie tosta z serem i poszłam zjeść do ogrodu. Usiadłam na murku i patrzyłam jak Bo i Sunny (psy) z zaciekawieniem przysłuchują się szczekaniu psów z sąsiedztwa. Dotarło do mnie wtedy, że to dla nich kompletna nowość! "Tak, chłopaki, jesteśmy w prawdziwym świecie", powiedziałam im.

O: [śmiech]

M: I w tej spokojnej chwili dopiero uświadomiłam sobie, że właśnie zaczęłam nowe życie. Mam w końcu czas, żeby przemyśleć to wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie osiem lat. Zdałam sobie sprawę, że mieszkając w Białym Domu nie miałam czasu na refleksję. Od początku do końca wszystko działo się w zawrotnym tempie. Każdy dzień był dla nas wyzwaniem. Ja i Barack mieliśmy poczucie, że mamy wiele do zrobienia. Czasami byliśmy tak zajęci, że już we wtorek nie pamiętałam o tym, co działo się w poniedziałek.

O: Mm-hmm

M: Nie pamiętam nawet w jakich krajach byłam. Pewnego razu powiedziałam Melissie, która nadzorowała naszych pracowników, że bardzo chciałabym kiedyś zobaczyć Pragę. Spojrzała na mnie ze zdziwieniem i powiedziała- "Przecież już tam byłaś.", a ja na to "Jak to, przecież nigdy nie byłam w Pradze!"

O: To dlatego, że wszystko działo się w zawrotnym tempie.

M: Melissa musiała pokazać mi moje zdjęcie z Pragi, żebym przypomniała sobie, że rzeczywiście tam byłam. Tak, więc tost był momentem, w którym zaczęłam myśleć o tym, co wydarzyło się przez ostatnie osiem lat. Zaczęłam myśleć o mojej podróży.

O: Czytając Twoją książkę odniosłam wrażenie, że wszystko, co robiłaś w życiu, było przygotowaniem do tego co Cię spotkało w ostatniej dekadzie.

M: Można tak na to spojrzeć. Jeśli traktujesz siebie serio, to każda decyzja którą podejmujesz, buduje to, kim się staniesz.

O: U Ciebie widać to już od pierwszej klasy. Byłaś przykładną uczennicą z wzorowymi ocenami.

M: Moja mama mówiła, że przychodziło mi to z łatwością.

REKLAMA

O: Rodzice często Cię chwalili?

M: O tak. Ale wcześnie zrozumiałam, że osiągnięcia szkolne mają znaczenie, że muszę się wyróżnić na plus, bo inaczej, jak każde czarnoskóre dziecko z klasy robotniczej - uchodziłabym za przegraną. Chciałam, żeby ludzie wiedzieli, że ciężko pracuję, że nie jestem "złym dzieckiem". Dziś wiem, że nie ma "złych dzieci". Są tylko złe okoliczności.

O: W swojej książce napisałaś, że Twoi rodzice zainwestowali wszystko w Ciebie i w Craiga (brata). Oni sami zaś nie mieli własnego domu, nie jeździli na wakacje.

M: Tak, rodzice poświęcili nam wszystko. Moja mama nie chodziła do fryzjera, nie kupowała sobie nowych ubrań. Ojciec harował jak wół w fabryce. Miałam świadomość, że rodzice robią wszystko dla naszego dobra.

O: Byłaś tego świadoma jako dziecko?

M: Rodzice nie mówili nam tego wprost, ale umiałam obserwować.

O: Po ukończeniu liceum poszłaś na studia na Princeton, a później na Harvard, gdzie skończyłaś prawo. Następnie zaczęłaś pracę w prestiżowej firmie prawniczej w Chicago. Teraz, w swojej książce, piszesz że nienawidziłaś bycia prawnikiem.

M: O tak, to było straszne. Wybaczcie, prawnicy.

O: Jest cała masa ludzi, którzy nienawidzą swojej pracy, ale nie mają odwagi, żeby ją rzucić. Co byś im powiedziała?

M: Mnie samej zajęło to bardzo długo, co zresztą opisałam w swojej książce. Od samego początku starałam się iść wymagającą, ale bezpieczną drogą. Liceum, studia prawnicze, a na końcu ciepła posada w dużej firmie. Myślałam, że właśnie tak to wszystko powinno wyglądać. Czy zatrzymałam się kiedyś, żeby pomyśleć, co tak naprawdę chcę robić? Nie. Przez długi czas robiłam coś, czego tak naprawdę nie lubiłam.

O: Bardzo spodobała mi się sentencja, którą umieściłaś w swojej książce: Każdy ma prawo zmienić zdanie.

M: Dokładnie tak!

REKLAMA

REKLAMA

O: Bałaś się?

M: Byłam przerażona. Moja matka nigdy nie komentowała naszych wyborów. Jest typem “żyj i daj żyć innym”. Pewnego razu odebrała mnie z lotniska. Wracałam z Waszyngtonu, gdzie miałam jakąś papierkową robotę. Pomyślałam wtedy: “Nie mogę robić tego do końca życia. Nie mogę siedzieć w czterech ścianach i wpatrywać się w papiery.” Podzieliłam się z nią swoimi przemyśleniami. Powiedziałam, że nie jestem szczęśliwa i nie czuję pasji. I wtedy moja pobłażliwa matka odparła: “Zarabiaj pieniądze, szczęściem zajmiesz się później”. Jej podejście naprawdę mnie zaskoczyło.

O: Tak.

M: Gdy to powiedziała, pomyślałam “Wow, co ja sobie myślałam?! O czym ja w ogóle mówię? Że chciałabym mieć luksus wyboru, że brakuje mi pasji?!  Ona poświęciła swoje najlepsze lata, by nas wychować i zapewnić nam jak najlepszą przyszłość, a ja teraz narzekam, że nie czuję pasji. Nie ukrywam, to było dla mnie trudne. I wtedy właśnie spotkałam Baracka Obamę”.

O: Baracka Obamę.

M: Był taki prawdziwy, niczego nie udawał. Chodził swoimi ścieżkami. I był nieprzewidywalny.

O: O waszym  pierwszym spotkaniu napisałaś: “Starannie układałam każdy element swojego życia, tak by ściśle pasował do całej reszty – jak jakieś skomplikowane origami... On zaś był jak wiatr, który zagrażał tej misternej układance." Na początku nie lubiłaś tego braku stabilizacji?

M: W żadnym wypadku.

O: Ten moment skradł moje serce: "Obudziłam się pewnej nocy i zobaczyłam, że wpatruje się w sufit. Jego profil oświetlony był blaskiem ulicznych świateł. Wydawał się zmartwiony, jakby dumał nad czymś bardzo osobistym. Czy rozmyśla o naszym związku? O odejściu ojca? Spytałam. Odwrócił się, spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zakłopotaniem odpowiedział: "Myślałem tylko o nierównościach dochodów".

M: Cały on.

 O: [Śmiech]

M: Mam na myśli to, że on rozmyślał o nierównościach, a ja byłam młodą kobietą, która robi karierę i żyje na własnych zasadach. Zarabiałam tyle, ile moi rodzice nie zarobili przez całe swoje życie. Czułam się jak jakaś burżujka. Moi znajomi mieli piękne apartamenty, ja jeździłam Saabem. Nie wiem, co dzisiaj jest modne, ale wtedy posiadanie Saaba to było coś! Dalszy scenariusz był ustalony: małżeństwo piękny dom, i tak dalej, i tak dalej. Owszem, zdawałam sobie sprawę, że świat trapią problemy, ale wówczas ważniejsza była dla mnie kariera.

O: Pozwoliłaś nam ujrzeć prawdziwe oblicze waszego związku. Mam na myśli zaręczyny i wiele innych kwestii, o których opowiedziałaś w książce. Wspomniałaś także o kilku poważnych sprawach, które poróżniły was na wczesnym etapie małżeństwa. “Rozumiałam, że to dobre intencje nakazywały mu mówić ’Jestem w drodze’ lub ‘Prawie jestem w domu’, podczas, gdy był daleko.”

M: O tak!

O: "Przez jakiś czas wierzyłam w te zapewnienia. Zwlekałam z kładzeniem dziewczynek spać. Chciałam, by mogły przytulić ojca na dobranoc. Ale on nie przychodził.” Wtedy Ty gasiłaś światła...

M: Tak.

O: Gasiłaś światła i szłaś spać wściekła.

M: Byłam zła. Gdy wyjdziesz za mąż i urodzisz dzieci, całe Twoje życie wywraca się do góry nogami. Szczególnie wtedy, gdy Twoja druga połówka poświęca się czemuś tak czaso- i pracochłonnemu jak polityka.

O: Rozumiem.

M: Barack Obama nauczył mnie chodzić własnymi ścieżkami i nie baczyć na ludzi dookoła. Ale teraz jestem mamą dwóch wspaniałych dziewczynek i muszę utrzymać całą naszą codzienność w ryzach, podczas gdy on wciąż krąży między Waszyngtonem a Springfield. Barack zawsze miał optymistyczne podejście do czasu. [Śmiech] Myślał, że ma go o wiele więcej, niż miał w rzeczywistości. Mogę go porównać do cyrkowca kręcącego talerzami na patyczkach, który zaczyna ekscytować się dopiero w momencie, gdy jeden z nich zaraz przestanie się kręcić i spadnie. Musieliśmy nad tym popracować, pomógł nam w tym doradca.

 O: Jak to wyglądało?

M: Myślałam, że pójdę do niego, a on rozwiąże wszystkie nasze problemy. Moje wyobrażenia brutalnie zderzyły się z rzeczywistością.

O: [Śmiech]

M: Okazało się, że w tym wszystkim chodzi o poszukiwanie sensu szczęścia. Zdałam sobie też sprawę z tego, jak bardzo potrzebuję wsparcia, w tym również od Baracka, by zbudować swoją rzeczywistość na nowo. Na nowo w taki sposób, żeby to było moje życie, takie które mi się podoba.

REKLAMA

O: Napisałaś: "Były momenty, w których czułam się bezbronna, gdy nie było go u mojego boku". Pomyślałam, że to niesamowite, usłyszeć takie słowa z ust silnej, współczesnej kobiety, a przede wszystkim Pierwszej Damy.

M: Cały czas czuję się bezbronna. Musiałam nauczyć się okazywać to mojemu mężowi tak, by  rozumiał. Musiałam pokazać tę część siebie, która za nim tęskniła i tę smutną z powodu jego nieobecności. On nie pojmował dystansu w ten sam sposób. Jego matka nie uczestniczyła w jego życiu, jednak mimo to doskonale wiedział, że go bardzo kocha. Zawsze myślałam, że częścią miłości jest bliskość. Że to wspólne obiady, stałość i obecność. Musiałam podzielić się swoją słabością i nauczyć się kochać inaczej. To była ważna część mojej podróży. Zrozumieć jak być z nim.

O: Najbardziej jednak cenię to, i myślę, że doceni to każdy, kto przeczyta książkę, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. Zaczęłaś inaczej postrzegać to, co dzieje się wokół Ciebie. I to sprawiło, że dziś jesteś szczęśliwa.

M: Tak. A powodem, dla którego dzielę się tym jest fakt, że wiem, że ludzie postrzegają nasze małżeństwo jako idealną relację bez wad. Wiem, że mam dużo szczęścia, ale halo! Małżeństwo to niełatwa sprawa!

O: Mówisz, że nawet kłócicie się inaczej.

M: O Boże, tak. Ja się szybko zapalam, jak zapałka. A on wszystko by tylko racjonalizował. Musiał nauczyć się, że potrzebuję kilku minut - czasem godziny - by ochłonąć. Musiał zrozumieć też, że nie jest w stanie przekonać mnie, żebym nagle przestała być zła. Emocje nie zawsze idą w parze z logiką.

O: Jak więc wyglądała wasza dyskusja na temat jego kandydowania na prezydenta? Wspomniałaś w książce, że za każdym razem gdy ktoś pytał go, odpowiadał, że "To była nasza wspólna, rodzinna decyzja", co w rzeczywistości oznaczało: "Jeśli Michelle mówi, że mogę to zrobić, to znaczy, że mogę".

M: Wyobraź sobie, że dźwigasz to brzemię. Zastanawiasz się, czy on mógłby i czy powinien to zrobić. Tak było, gdy chciał kandydować w wyborach stanowych, później w wyborach do Kongresu. Następnie kandydował do Senatu Stanów Zjednoczonych. Wiedziałam, że Barack jest człowiekiem inteligentnym i przyzwoitym. Wiedziałam też, że polityka jest nieprzyjemna i nie byłam pewna, czy temperament mojego męża wpasuje się w ten świat. Nie chciałam widzieć go w tym świecie. Ale z drugiej strony widziałam też wyzwania, które stoją przed nim i przed całym światem. Im dłużej żyjesz, im częściej czytasz gazety, tym bardziej zdajesz sobie sprawę z tego, że problemy, z jakimi przychodzi nam się mierzyć są ogromne i skomplikowane. Pomyślałam, że człowiek, którego znam, cechuje się ogromną empatią, przyzwoitością i wysoką inteligencją. Wiesz, że ona zapamiętuje dosłownie wszystko? Jest elokwentny, działa we wspólnocie i czuje się za nią odpowiedzialny. Jak mogłabym powiedzieć mu “nie”? W tamtym momencie musiałam spojrzeć na niego nie jako jego żona, ale jako obywatelka.

O: Czy czułaś presję związaną z byciem pierwszą czarnoskórą parą prezydencką?

M: No jasne! [Śmiech] Czuliśmy ją od samego początku kampanii. Przede wszystkim, musieliśmy przekonać wyborców, że Afroamerykanin może wygrać wybory. Nawet czarnoskórzy obywatele, jak moi dziadkowie, nigdy nie wierzyli w to, że taka sytuacja może się zdarzyć. Oni tego chcieli, ale rozsądek podpowiadał im “Nie, to niemożliwe”. Hillary zdawała się być bezpieczniejszym wyborem, ponieważ wszyscy dobrze ją znali.

O: Racja.

M: Wszystko zmieniło się w momencie, gdy Barack wygrał w Iowa. Wtedy ludzie pomyśleli: “Okej. Może jednak”.

O: Ciężar całego świata spoczywał na jego barkach, a Ty byłaś jego opoką. Jak udawało Ci się dźwigać to brzemię?

M: Przede wszystkim zachowywałam spokój. Robiłam to, czego mnie uczono - gdy w naszym życiu wiał silny wiatr, ja byłam pniem, który uparcie i niewzruszenie trwał. Do surowej dyscypliny panującej w Białym Domu wprowadziłam rodzinne obiady. Mówiłam mu: "Tak, jesteś prezydentem, ale to nie zmienia faktu, że możesz podnieść tyłek i przyjść zjeść obiad i porozmawiać ze swoimi dziećmi". Ponieważ dzieci przynoszą ukojenie. Pozwalają odwrócić uwagę od codziennych problemów.

REKLAMA

REKLAMA

O: Piszesz o Donaldzie Trumpie, który stale podsycał fałszywe doniesienia, jakoby Twój mąż nie urodził się w Stanach Zjednoczonych: "Donald Trump swoimi głośnymi i lekkomyślnymi insynuacjami, narażał moją rodzinę na potencjalne niebezpieczeństwo. Tego nigdy mu nie wybaczę". Dlaczego ta kwestia była dla Ciebie tak istotna?

M: Ponieważ nie sądzę, by był świadom tego, ile zła niosą jego słowa. Dla niego to była gra. Ale niebezpieczeństwa, jakie te słowa niosły były realne. Moje dzieci były zagrożone. A ja chciałam, by mimo niebezpieczeństwa, mogły w miarę normalnie żyć, nawet jeśli ochrona nie opuszczała ich na krok.

O: Rozumiem.

M: W czasie naszej kadencji, w Białym Domu doszło do niemiłego incydentu. Pewien szaleniec strzelił w kierunku Gabinetu Owalnego. Kula trafiła w lewy górny róg okna. Do dziś mam przed oczami ten widok. Okno balkonu Trumana, gdzie często przesiadywała moja rodzina. To było jedyne miejsce, w którym mogliśmy spędzać czas na zewnątrz. Na szczęście w momencie ataku, nikogo tam nie było. Strzelec został złapany, ale na wymianę szyby musieliśmy czekać kilka miesięcy, ponieważ było to specjalne szkło bomboodporne. Musiałam patrzeć na dziurę po kuli, która przypominała, z jakim niebezpieczeństwem mierzymy się każdego dnia.

O: Książkę kończysz mówiąc o tym, co w tobie zostanie. Jedną z tych rzeczy, jak wspominasz, jest poczucie optymizmu, które towarzyszyło Ci przez te wszystkie lata: “Trzymam się tego, by czuć że mam siłę. Siłę, która jest trzyma mnie w ryzach i pomaga przetrwać wszystkie trudne momenty. To właśnie mój optymizm. Forma wiary i lekarstwo na strach." Czy równie optymistycznie spoglądasz w przyszłość naszego kraju? Bo kim jesteśmy i kim stajemy się jako naród?

M: Tak. Myślę, że wszyscy musimy czuć ten optymizm. Dla naszych dzieci. One będą żyły w świecie, który my im zostawimy. Musimy dać im nadzieję. Postęp nie może być napędzany strachem. Doświadczamy tego teraz. Strach jest tchórzowskim sposobem na przywództwo. Dzieci rodzą się z poczuciem nadziei i optymizmu. Bez względu na to, skąd pochodzą, ani jak skomplikowane i trudne były ich losy. Myślą, że mogą być kim chcą, ponieważ my stale im to powtarzamy. To stawia nas w obowiązku bycia optymistami.

O: Czy myśląc o przyszłości naszego kraju, czujesz optymizm?

M: Muszę. Wszyscy musimy.

O: Dobra robota.

 

Oryginalnie wywiad pojawił się w grudniowym wydaniu magazynu O.

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij