REKLAMA

Jak zaakceptować swoje ciało?

Na warsztatach z akceptacji ciała odkrywamy, że ciała mają prawo wyglądać tak jak wyglądają, a my nadal mamy prawo do istnienia.

Jako osoba prowadząca warsztaty samoakceptacji często słyszę pytanie, dlaczego kobiety mają taki problem z akceptacją ciała. Zwykle dodają: niektóre kobiety, bo przecież nie wszystkie. Nie generalizujmy, bo gdy będzie nas słuchać kobieta, która kocha i akceptuje swoje ciało, może się poczuć zepchnięta na margines jako „niekobieca”. Bo skoro wszystkie mają problem, to kim jest ona? Dziwadłem?

Często zastanawiam się, jak kierunkowałybyśmy swoje działania, gdybyśmy wiedziały, że większy wpływ na szczęście w związku i miłości oraz dobry seks mają nasze schematy myślowe i doświadczenia niż wygląd. Czy gdybyśmy wiedziały, że np. dorastanie w dysfunkcjonalnej rodzinie ma o wiele poważniejsze skutki dla seksu i miłości niż przytycie pięciu kilo, to co byśmy wybierały: terapię czy dietę?

Ciało i relacje

Dlaczego zamiast o ciele piszę o związkach? Gdyż sądzę, że w dużym stopniu o to chodzi: o związki, akceptację, relacje z ludźmi. O lęk, że „z takim ciałem” nie znajdę nikogo. Na warsztatach, które prowadzę, dość często to słyszę. Jako społeczeństwo chorujemy z powodu bardzo niskiego poczucia własnej wartości, a wiele z nas musiało zasłużyć na miłość. Walka o idealne ciało wydaje mi się kolejną odsłoną zasługiwania, bo jeśli od lat sugerowano mi, że jestem za gruba, chuda, niska, wysoka, brzydka itp., żeby „ktoś mnie zechciał”, to czy mogę być po prostu kochana, gdy przytyję? Schudnę? Zrobią mi się rozstępy? Oczywiście, że nie! Przecież „na miłość trzeba zasłużyć”! Podobnie na seks, akceptację, życzliwość. Sądzę, że część kobiet właśnie dlatego nie lubi swoich ciał, bo sądzi, że to przez nie – ciało – nigdy nie zazna szczęścia, miłości, dobrego seksu. Bo według kulturowych norm wyglądu z tym ciałem jest coś nie tak.

ZOBACZ TEŻ: 17 podcastów godnych wysłuchania

Naprawdę mogę być taka?

Na warsztatach z akceptacji ciała odkrywamy, że ciała mają prawo wyglądać tak, jak wyglądają, a my nadal mamy prawo do istnienia – także w przestrzeni publicznej. To czasem odkrycie roku. „Naprawdę mogę z takim ciałem iść na basen? Wolne żarty!”. „Wstydzę się”. „Nie spodobam się”. „Wyśmieją mnie”. Tak właśnie myślisz na początku. A potem zaczynasz patrzeć na siebie inaczej: ze współczuciem, z życzliwością, z szacunkiem. Kończy się taki ogląd z zewnątrz – już nie patrzysz na swój brzuch czy nogi jak na towar na bazarze. Zaczynasz rozumieć, że liczy się nie tylko wygląd. Przypominasz sobie, że kiedyś lubiłaś swój wygląd. A potem ktoś Ci powiedział, że masz brzydki nos, krzywe nogi, nieładny biust. Koleżanka, z którą się pokłóciłaś. Niemiła ciotka. Siostra, która chciała Ci dopiec. I tak to z Tobą zostało. Ile lat temu to było? Nie pamiętasz, ale odtąd w to wierzysz. Że nie możesz. Więc robisz głęboki wdech. Powoli wypuszczasz powietrze z płuc i ten ból, żal, rozpacz i złość. Przypominasz sobie, że Twoje ciało to też Ty.

Jedna kobieta w wywiadzie do mojej książki („Uniesienie spódnicy. Seksualne doświadczenia i kobieca moc”) mówiła o swoich nogach, że są masywne i mocne, że wcześniej ich nie lubiła, aż odkryła, że takie nogi to mocna podstawa. Że w ogóle jest mocna i że nosi zakupy, wielkie siaty z Ikei, jakby torbę z bułkami niosła. Inne kobiety czasem odkrywają, że ich brzuchy czy piersi mogą być różne od tego, co w kolorowych magazynach, na billboardach. „Urodziłam dwoje dzieci” – mówią. Albo: „Mam asymetryczne piersi, taka już się urodziłam, dlaczego mam ich nie lubić?”. Słuchasz tych innych kobiet, patrzysz na nie z życzliwością i ta życzliwość powoli zaczyna się przelewać na Twoje własne ciało.

Jeśli patrzę na jej uda pokryte rozstępami, to dlaczego mam nie lubić swoich? Jeśli ona lubi swój wypukły brzuch, to może ja polubię swój? – zastanawiasz się. Czasem robimy taką praktykę: wszystkie w kręgu wymieniamy po kolei te części swojego ciała, które lubimy. Robi się z tego długa lista i jest dużo radości, że coś się po prostu ma. Ładne oczy, ładne dłonie, bujne włosy, gęste rzęsy, duże usta – cokolwiek. Dla części z nas to coś nowego – jakaś alternatywa dla wiecznego narzekania na swój wygląd. A gdyby tak dać sobie pozwolenie na to, aby być taką, jaką się jest? Mówimy sobie: „Możesz taka być” – taka jaka jesteś. „Mogę taka być” – mówimy same do siebie.

REKLAMA

REKLAMA

Niektóre z nas w to nie wierzą. „Jak to? Tak po prostu?! Bez spełniania wymogów otoczenia? Jak to – mogę taka być?! Nie mogę!” – odzywa się w środku jakiś głos. Ale potem przychodzi refleksja: „A jak wyglądałoby moje życie, gdybym sobie odpuściła dążenie do perfekcji?”. Przecież „ Mogę taka być” nie oznacza mniej więcej tyle, że się na siebie godzę. Że akceptuję siebie w tej chwili. Przecież bez względu na to, jak moje ciało wygląda, mogę je akceptować, lubić, szanować. Mogę się cieszyć z tego, że ono jednak jest. Dzięki temu, że jest, czuję, żyję, dotykam. Jeśli nie widzę w sobie wyjątkowego piękna, to nie widzę i tyle. Może nie jestem seksbombą, ale nadal mogę być taka, jaka jestem. Dla siebie jestem wystarczająca. A gdy zaakceptuję swoje ciało, przestaję się wreszcie przejmować czy zamartwiać opiniami innych – ile energii się dzięki temu zyskuje! Ile przestrzeni pojawia! I o ile łatwiej mi między ludźmi – akceptuję siebie, więc przestaję oceniać innych. Gruba/chuda. Ładna/brzydka. Już nie muszę grać w grę: jestem lepsza/gorsza i nie muszę pogardzać innymi lub czuć się przy nich nikim. Możemy współistnieć w tym świecie jako dwie różne osoby i już. To ulga.

Bez rywalizacji

Jedna rzecz na warsztatach okazuje się bardzo ważna: to, że kobietom można zaufać, to, że mogą być wsparciem – nie wszystkie z nas wcześniej doświadczyły siostrzeństwa wśród kobiet. Patriarchalny świat zachęca kobiety, aby konkurowały ze sobą – prześcigały się w olśniewającym wyglądzie, rywalizowały o dobra i „mężczyzn”. Przecież przez setki lat od tej rywalizacji często zależało życie i przeżycie. A ładny wygląd mógł budzić zazdrość, zawiść i lęk. „Ta kobieta jest ładniejsza, pewnie chce uwieść mojego męża, pewnie jest zdzirą” – oceniały się czasem kobiety. Dla wielu z nas to wciąż bliskie, ale w kręgu kobiet uczymy się, że takie podejście może odejść do lamusa. Na fundamencie samoakceptacji mogą się tworzyć mocne kobiece przyjaźnie. A także mocne partnerskie związki. Niektóre kobiety dopiero w czasie warsztatów odkrywają, że ich partnerzy (czy partnerki) akceptują ich ciało. Wcześniej się wstydziły, ukrywały, przemykały chyłkiem – tak skulone w sobie, że nawet nie zauważały, że są adorowane, akceptowane i kochane takie, jakie są.

ZOBACZ TEŻ: Jessica Alba o poznawaniu siebie

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA