REKLAMA

Ch**owa Pani Domu - perfekcyjnie nieidealna

Nie dajcie się zwieść pozorom: Ch***owa Pani Domu na co dzień jest dobrze zorganizowaną perfekcjonistką. Nie zaprząta sobie głowy porządkami czy gotowaniem, bo te chwile woli poświęcić na pracę, podróże czy czytanie książek. Magdalena Kostyszyn wolny czas uważa za luksus. Ale taki, na który stać każdą z nas.

Magdalena Kostyszyn - Ch**owa Pani domu fot. Grzegorz Gołębiowski / MPP

We Wrocławiu od rana leje jak z cebra. Chowając się przed deszczem, trafiamy z Magdaleną do jednej z kawiarni tuż przy Rynku, by porozmawiać przy filiżance zielonej herbaty o jej karierze, macierzyństwie i tym, jaka jest prywatnie. Wirtualnie znamy się od dłuższego czasu, bo na łamach WH już drugi rok ukazują się felietony Ch***owa Pani Domu (CHPD), ale na żywo spotykamy się po raz pierwszy.

REKLAMA

Magdalena sama proponuje nam listę tematów do kolumny CHPD. „Nie piszę na tematy, na które wypada napisać. Piszę na takie, które mnie interesują i powiedziałabym banalnie, że inspiracje do tematów czerpię z życia – zaczyna Magdalena. – Ale wiadomo, że jestem skoncentrowana wokół mojej społeczności, bo tam mam bardzo liczną grupę odbiorców, i widzę, jakie tematy się często przewijają i wywołują największe dyskusje w komentarzach”.

Zaprosiłyśmy Magdalenę na nasze łamy jako głos rozsądku – spodobał nam się dystans, z jakim podchodzi do wielu gorąco dyskutowanych spraw.

Na spontanie

Powstanie CHPD to był bardzo spontaniczny pomysł i Magdalena nie sądziła, że przerodzi się w coś większego. „Zrobiłam pranie w piątek i dopiero w niedzielę mi się o nim przypomniało. Gdy zajrzałam do bębna pralki, byłam trochę zdenerwowana, bo musiałam je robić jeszcze raz, a trochę rozbawiona tą sytuacją” – wspomina.

Postanowiła napisać o tym na swoim facebookowym profilu, mianując się Ch***owa Panią Domu. Nazwa nie miała nawiązywać do Perfekcyjnej Pani Domu (polskiej edycji programu nie było wtedy nawet jeszcze w telewizji).

„Na co dzień używam wulgaryzmów, więc przyszło mi to całkiem naturalnie” – przyznaje. Okazało się, że post wzbudził spore zainteresowanie. W tamtym czasie w social mediach mówiło się tylko o sukcesach i dzielenie się swoim niepowodzeniem było odważnym krokiem.

„Osiem lat temu Instagram dopiero wchodził do Polski. Byliśmy skupieni na pokazywaniu pięknych śniadań i w ogóle wszystko miało być takie wymuskane, a ja tu nagle napisałam, że coś zrypałam”– mówi moja rozmówczyni.

Dlatego też post dostał mnóstwo lajków i udostępnień, a ludzie zaczęli się domagać kolejnych przygód Ch***owej Pani Domu. Koleżanka podpowiedziała Magdalenie, aby stworzyła osobny profil, i tak też zrobiła.

Popularność fanpejdża rosła lawinowo. I to zupełnie naturalnie, bo profil ani blog nigdy nie były promowane płatną reklamą. „Ludzie zachęceni kontrowersyjną nazwą klikali pewnie z ciekawości, żeby zobaczyć, co to w ogóle jest, ale zostawali na dłużej – mówi Magdalena. – Tylko to nie jest tak, że ja codziennie coś psuję i przypalam ciasto. W pewnym momencie musiałam naginać rzeczywistość i trochę zmyślać, więc stwierdziłam, że na dłuższą metę tak nie pociągnę”.

Na szczęście czytelniczki dosyć szybko zaczęły podsyłać do CHPD swoje zdjęcia różnych rzeczy, które im nie wyszły, a Magdalena zaczęła je udostępniać. Wtedy nie było jeszcze grup na Facebooku, więc udostępnianie popularnego już wówczas profilu ludziom było kolejnym nietuzinkowym posunięciem.

„Myślę, że fanpejdż rozrósł się do takich rozmiarów, bo moi czytelnicy poczuli się częścią tej społeczności. Gdybym oparła profil tylko na swoim wizerunku, na pewno nie byłby tak popularny, jak jest teraz”– dodaje.

ZOBACZ TEŻ: Ch**owa Pani Domu - feminizm nie powinien być pretekstem do hejtowania

Perfekcjonistka

CHPD przyznaje, że nie zaprząta sobie głowy domowymi obowiązkami. „Na ogródku mamy niedokończone ogrodzenie między sąsiadami. To trwa już dwa lata, bo totalnie nie zwracamy na takie rzeczy uwagi” – opowiada.

Ale umówmy się: Magdalena prowadzi dwa popularne blogi i razem ze swoim chłopakiem agencję reklamową be frank!. Ma na koncie książkę, studiuje w Polskiej Szkole Reportażu, a jest przecież mamą trzylatki – to wszystko wymaga ogromu pracy i świetnej organizacji.

„Ch***owa Pani Domu to moje alter ego, bo ja na co dzień jestem perfekcjonistką” – zdradza. I dodaje: – Niestety, perfekcjonizm strasznie stopuje niektóre działania. Czasem wolę czegoś nie zrobić, kiedy wiem, że nie zrobię tego idealnie”.

Przykłady? „Ostatnio np. pisałam na zadanie domowe w szkole reportażu właśnie reportaż i nie mogłam się za niego zabrać kilka miesięcy tylko dlatego, że wiedziałam, że będzie go czytał Mariusz Szczygieł. W mojej głowie ten tekst urósł do projektu, który musi być idealny. A powinnam sobie pomyśleć: »To jest tylko ćwiczenie, a Ty się dopiero uczysz pisać reportaż, więc stwórz go tak, jak potrafisz«”.

Magdalena przyznaje, że stara się zmienić sposób myślenia, choć dojście do tego zajęło jej trochę czasu. „Łączę w sobie obie cechy: i takiej perfekcjonistki, i osoby, która chodzi z głową w chmurach. W pracy jestem świetnie zorganizowana i bardzo profesjonalna, ale tematami domowymi, jak gotowanie czy sprzątanie, nie chcę się zajmować i nie mam z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia” – podsumowuje.

REKLAMA

REKLAMA

Matka nieidealna

A co, gdy zdarzy się jej zaliczyć jakąś wychowawczą wtopę?

„Nie jestem idealną matką, np. nie potrafię być bardzo konsekwentna w stosunku do dziecka. Gdy obiecuję, że córka dziś nie zje lodów, a potem nie wytrzymuję i dla świętego spokoju kupuję jej te lody, to gdzieś w głębi duszy postrzegam to jako porażkę rodzicielską” – przyznaje CHPD.

Te różne, małe przypadki nauczyły ją jednak, że nie da się być perfekcyjnym rodzicem, a im szybciej to zaakceptujemy, tym po prostu będzie nam się łatwiej żyło. „Dążenie do perfekcji w wychowywaniu dzieci przynosi więcej złego niż dobrego” – mówi.

ZOBACZ TEŻ: Ch**owa Pani Domu: Spuśćmy trochę powietrza z tego macierzyńskiego balonika

Magdalena nie śledzi Instamatek i facebookowych grup dla mam. „Nawet na moich profilach tematów macierzyńskich nie ma zbyt wiele, bo one często prowadzą do chorych dyskusji. Każdy ma inne pojęcie o tym, jak wychowywać dzieci, inne doświadczenie i każdy chce przestawić swój punkt widzenia, a ja totalnie chcę się od tego odciąć” – wyjaśnia.

Od początku dosyć oczywiste było też dla niej, że nie będzie zarabiać na dziecku i nie stanie się ono jej narzędziem marketingowym, czym różni się od wielu koleżanek po fachu.

„Staram się mówić bardziej o tej nieidealnej stronie macierzyństwa, ale to absolutnie nie jest podstawa moich działań. Bardzo rzadko wrzucam takie posty, bo też nie każda z moich czytelniczek jest matką, a nie chciałabym, żeby ktokolwiek poczuł się wykluczony. Staram się zachować balans i nie pokazywać, że kobieta równa się matka” – mówi Magdalena.

Uważa, że macierzyństwo zabiera też wolność i nie boi się o tym mówić głośno: „Przed ciążą byłam bardzo mocno skupiona na pracy i myślałam, że wszystko jest kwestią dobrej organizacji. Potem nagle się okazało, że bez względu na to, jak jesteś zorganizowana, faktycznie nie możesz sama wyjść do łazienki. Z osoby, która była totalnie wolna i mogła wszystko, co chciała i kiedy chciała, nagle stałam się zależna od takiej małej istoty”.

Oczywiście nie ma też problemu z mówieniem o tym, co macierzyństwo daje. „Na pewno pokazało mi, że mam w sobie ukryte pokłady cierpliwości, o których wcześniej nie wiedziałam. No i dało mi radość życia, bo zupełnie inaczej postrzegam rzeczywistość i wszystko to, co nas otacza” – mówi.

A z takich bardzo prozaicznych spraw: Magdalena zaczęła bać się latania samolotem. „Wcześniej w ogóle się nie bałam, a teraz, gdy wiem, że jestem odpowiedzialna za córkę, czuję większy strach, że na przykład mogłabym zginąć w tym samolocie, a ona zostałaby sama” – tłumaczy.

REKLAMA

Od pasji do pracy

Lęk nie sprawił, że zaniechała zwiedzania. Ma na koncie podróże na koniec świata, ale uwielbia też odkrywać urokliwe miejsca w najbliższej okolicy. Relacje z tych wojaży umieszcza na swoim drugim blogu – venilakostis.com. Można tam przeczytać także o ulubionych książkach czy kulturze.

Jako Venila Kostis zaczęła pisać już w 2009 roku, ale nie jest to jej pierwsza strona, bo zaczęła blogować w wieku 16 lat. Była wówczas szafiarką i jako jedna z pierwszych dziewczyn w polskiej blogosferze pokazywała swoje stylizacje, bo wtedy to był modny temat.

„Gdy studiowałam w Opolu, uwielbiałam chodzić po lumpeksach i wynajdywać za tanie pieniądze modne stroje, w których mogłam fajnie wyglądać. Ale nigdy ubiór nie był dla mnie najważniejszy. Chociaż pokazywałam na zdjęciach, jak jestem ubrana, to ważniejsze było dla mnie to, o czym piszę w poście” – wspomina Magdalena.

A treść postów nie dotyczyła samego stroju, tylko jej spostrzeżeń i refleksji na różnorakie tematy.

„W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie chcę być znana z tego, jak wyglądam i jak się ubieram, tylko z tego, jak i o czym piszę”– mówi.

Stopniowo więc zaczęła odchodzić od pokazywania strojów, aż całkiem zaprzestała publikowania zdjęć modowych. Wciąż jednak moda nie jest tematem jej obojętnym. „Moda cały czas jest obecna w moim życiu. Uwielbiam podglądać jak ubierają się ludzie w różnych krajach. Wakacje spędziłam w Szwecji i obserwowanie mody ulicznej w Sztokholmie było prawdziwą ucztą dla moich oczu” – wyjaśnia.

Przez ponad 10 lat, od kiedy Magdalena funkcjonuje w blogosferze, wiele się zmieniło. Zna to środowisko doskonale, bo od samego początku pracuje po dwóch stronach barykady: jest blogerką, ale prowadzi też agencję marketingową. „Kiedy zaczynałam tworzyć swój blog, w Polsce nie było zbyt wielu blogerów. My, szafiarki, byłyśmy w stanie kojarzyć się po nickach, odwiedzałyśmy swoje blogi nawzajem, zostawiałyśmy komentarze. Wtedy też nie było mowy o zarabianiu na blogach. Wszystko powstawało z pasji i potrzeby podzielenia się ze światem kawałkiem siebie” – wspomina Magdalena.

Dziś blogerzy bardzo biznesowo myślą o działalności internetowej i zakładają blog czy konto na Insta, żeby móc na tym zarabiać i nie iść do „normalnej” pracy.

„Wydaje mi się, że 10 lat temu było łatwiej zaistnieć. Dzisiaj jest ogromna konkurencja i na dodatek ludzie startują z innego pułapu. Kiedyś żadna z blogerek nie miała profesjonalnego sprzętu czy ciuchów od projektantów. My myślałyśmy o blogach jak o pasji, a dziś blog równa się biznes” – mówi Magdalena.

Ani fit, ani fat

Nie dopadł ją trend na bycie fit. Magdalena nigdy nie była na diecie i nigdy się nie odchudzała. Raczej miała problem z tym, jak przytyć.

„To był taki mój kompleks z czasów bycia nastoletnią dziewczyną: nigdy nie mogłam przytyć i byłam tą najchudszą dziewczyną w klasie. Oczywiście spotykały mnie z tego powodu różne nieprzyjemności. Słyszałam: »Wyglądasz jak kościotrup«, »Anorektyczka!« itd. – wspomina.

Magdalena miała z tego powodu dużo kompleksów. „Często mówi się o wykluczeniu osób otyłych, ale myślę, że za mało miejsca poświęca się też osobom bardzo szczupłym. A te spotykają się z dużą krytyką. I mam wrażenie, że ona jest nawet bardziej dozwolona. Nie powiesz komuś prosto w twarz: »Ale jesteś gruba«, natomiast z łatwością przychodzi powiedzenie: »Ale ty jesteś chuda! Weź coś zjedz!« – opowiada.

Z czasem pogodziła się ze swoim wyglądem. Magdalena nigdy nie próbowała jakiejś rewolucyjnej diety, ale od miesiąca ogranicza mięso. To nie pierwsze podejście do kuchni roślinnej. Wcześniej dosyć szybko wracała do mięsa, bo nie umiała do końca go zastąpić. Przyznaje, że gdy nie ma się czasu, sięgnięcie po parówkę jest po prostu szybkie i łatwe.

„Jeśli w przyszłości uda mi się zrezygnować z mięsa całkiem, to będę się bardzo cieszyć. Zależy mi na tym głównie ze względów ideologicznych. Do tej pory jadłam mięso, ale czułam się z tym źle” – mówi. Wyznaje, że ma też ogromną słabość do słodyczy (skąd my to znamy!). „U mnie jest to zgubne, bo tego nie widać, że jem dużo słodkiego, ale mam wysoki cholesterol” – przyznaje CHPD.

A bada się regularnie. Nie jest hipochondryczką, ale dba o swoje zdrowie i pamięta o regularnych badaniach kontrolnych.

REKLAMA

REKLAMA

Znienawidzony WF

Magdalena nie polubiła się ze sportem. „U mnie w domu nie było takiej pasji. Nikt z rodziców nie uprawiał żadnego sportu, nie jeździł na nartach, nie pływał itd. – wspomina. – Z kolei w szkole była wręcz moda na niećwiczenie na WF-ie. Może też dlatego, że ten WF w szkole nie był jakiś odkrywczy. Często nauczyciel dawał nam piłkę do siatki i miałyśmy grać przez całą godzinę, albo zamykał nas w siłowni i miałyśmy tam siedzieć i ćwiczyć, ale oczywiście zamiast tego siedziałyśmy i gadałyśmy”.

Ale przyznaje jednocześnie, że chciałaby odnaleźć jakąś aktywność dla siebie. Teraz od czasu do czasu ćwiczy z Mel B, bo ma bardzo krótkie 10-minutowe treningi, a to przy pracowitym stylu życia, który prowadzi Magdalena, często jedyna chwila, jaką może wygospodarować na fitness.

„Nie ćwiczę po to, żeby być nie wiadomo jak fit. Jestem z natury szczupłą osobą i nigdy nie miałam motywacji do ćwiczeń, bo nie musiałam chudnąć, a miałam w głowie takie myślenie, że ćwiczysz po to, by mieć lepszą sylwetkę, a nie po to, żeby być zdrową i czuć się super sama ze sobą” – tłumaczy.

Dopiero teraz Magdalena dochodzi do tego, że nie ćwiczy się po to, żeby mieć kaloryfer na brzuchu i zarysowane mięśnie, tylko żeby się lepiej czuć ze sobą. „Ten czas poświęcony na ćwiczenia pozwala wyzbyć się złych emocji i napięć. Gdy raz na jakiś czas poćwiczę, to faktycznie odczuwam przypływ endorfin i czuję się ze sobą fajniej. Problem w tym, że nie mogę się zmobilizować, żeby ćwiczyć regularnie” – przyznaje.

Ale Magdalena nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. „Mam w domu małą córkę i chciałabym jej zaszczepiać taką myśl, że uprawianie sportu jest fajne, że aktywność jest ważna, i nie chciałabym, żeby ona miała takie podejście, jak ja” – zapewnia.

Bezcenna waluta

Na koniec rozmowy nawiązuję jeszcze do sesji zdjęciowej i pytam, co według Magdaleny jest w dzisiejszych czasach luksusem.

„Luksusem dla mnie, ale i dla wielu kobiet oraz mężczyzn, jest wolny czas. To jest taka bezcenna waluta, o której często zapominamy” – odpowiada. I dodaje: „Dla mnie luksusem jest też możliwość spełniania się, realizowania własnych pasji i umiejętność znalezienia balansu między pracą, swoimi pasjami a rodziną”.

Przyznaje, że sama wciąż szuka recepty na złoty środek. Za dobro luksusowe nie uważa książek, bo są dla niej czymś nieodłącznym. Czyta ich sporo i jest otwarta na wszelkie kategorie: od poradników po literaturę piękną. „Nie wyobrażam życia bez literatury. I znajdę absolutnie każde wolne pięć minut w ciągu dnia, żeby poczytać”. Książki traktuje też jako element samorozwoju.

„Wszystko, co sprawia, że się rozwijamy, to coś, czego nikt nam nie zabierze, więc warto pamiętać, żeby bez względu na to, w jakiej sytuacji i w jakim momencie życia się znajdujemy, stawiać na swój rozwój i spróbować myśleć o sobie jak o kimś, kto zasługuje na fajne rzeczy. Wiem, że to strasznie banalnie brzmi, ale warto nauczyć się po prostu lubić siebie i tyle. Dzięki temu zawsze będziemy grać pierwszoplanową rolę w swoim życiu” – kończy Magdalena.

ZOBACZ TEŻ: Ch**owa Pani Domu poleca reportaże

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE
REKLAMA