[ X ]

Kontynuując korzystanie z naszej strony internetowej (również poprzez zamknięcie tego komunikatu), wyrażasz zgodę na przetwarzanie Twoich danych osobowych na zasadach wskazanych w "Polityce prywatności"

Kontynuuj przeglądanie

REKLAMA
PODZIEL SIĘ


OCEŃ
4.0

Ch**owa Pani Domu: Dziś już nikt nie jest otyły, wszyscy są plus size

Przestańmy udawać, że każde ciało jest ładne, a każdy człowiek na Ziemi piękny. Niektórzy z nas nie są po prostu urodziwi. I to jest jak najbardziej OK.

| Data aktualizacji: 2019-10-13

Z chwilą gdy cellulit, rozstępy i zmarszczki weszły na salony, stopniowo zniknęło myślenie, że nasze niedoskonałości mogą kogokolwiek interesować. Z drugiej jednak strony wałkowane w mediach frazesy, wmawiające kobietom, że zawsze mają czuć się piękne, stały się wytartymi do granic możliwości sloganami. Ja czuję się czasem brzydka i wolałabym nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. A mam.

Bez wstydu

Byłam ostatnio na tygodniowych wakacjach w ciepłych krajach. Ja, Polka, w Afryce. Nie da się ukryć, że z moją porcelanową karnacją wypadałam całkiem blado. Szczególnie na tle turystów kuracjuszy z innych, mniej lub bardziej malowniczych zakątków naszej planety, którzy zdążyli podczas swojego turnusu liznąć trochę promieni słonecznych w duecie z witaminą D. Każdego dnia, zaraz po śniadaniu, wybierałam się nad ocean, by zarumienić nieco lico i udowodnić trochę sobie, a trochę reszcie świata, że nawet tak słowiańska uroda, jak moja, zasługuje na drobną zażyłość ze strony gwiazdy, którą potocznie nazywamy Słońcem. Pierwszy dzień na kąpielach słonecznych rzucił jednak cień na moje ambitne plany (czytaj: mimo kremu 50 SPF, spiekłam się na raka) i do końca pobytu siedziałam już karnie pod parasolką. I kiedy tak nie opalałam się, leżałam godzinami na leżaku (dla przyzwoitości i ryzyka odleżyn od czasu do czasu robiłam obchód po terenie), czytałam książki i słuchałam muzyki, chcąc nie chcąc, obserwowałam ludzi wokół. Z przyjemnością odnotowałam, że czasy, w których ciało może stanowić obiekt wstydu, minęły na dobre. Tak przynajmniej wywnioskowałam, lustrując najbliższe mi otoczenie.

ZOBACZ TEŻ: Ch***wa Pani Domu: jak ogarnąć swoje życie?

Panie i panowie o wszystkich możliwych kształtach, rozmiarach i odcieniach skóry na wakacjach zrzucali nie tylko ciężar z zapracowanej na co dzień piersi, ale i ubrania. Tu, na tej kabowerdyjskiej plaży, mile zaskoczył mnie widok każdego ciała: młodego, starszego, gładkiego i tego pomarszczonego. Panie o różnym rozmiarze biustu i dowolnym obwodzie uda bez najmniejszych oporów ściągały z siebie ubrania, aby zaprezentować swoje oblicze światu. Zdarzenie z plaży uświadomiło mi jedno: ruch body positive zrobił – dla nas, kobiet – wiele dobrego. Jakoś tak raźniej pokazać się z cellulitem na pośladkach, widząc, że inne kobiety też go mają. Nie boli tak bardzo miseczka biustu z pierwszą literą alfabetu wyrytą na metce, kiedy obok przemykają kobiety z jeszcze mniejszym rozmiarem piersi. Biję pokłony wszystkim propagatorkom filozofii ciałolubności, w myśl której trochę bardziej lubimy swoje ciała.

REKLAMA

REKLAMA

Inne spojrzenie

Jednak body positive – jak każde zjawisko – ma też drugą stronę medalu. Odnoszę wrażenie, że rykoszetem obrywają w nim kobiety, które jednak medialne nagłówki w stylu: „Pokochaj swoje ciało”, „Jesteś idealna bez względu na to, ile wynosi Twoja waga”, „Twoje ciało jest piękne” traktują z ogromnym dystansem. Przyznacie, że panie, które jednak chcą dbać o swój wygląd, które zamiast powtarzać, że kochają swoje wałki tłuszczu na brzuchu, wolą pójść na siłownię, uznaje się za zakompleksione albo próżne? Że dajemy przyzwolenie dla niedoskonałości, nieproporcjonalne ciała wychwalając pod niebiosa, ich właścicielkom gratulując odwagi, a jednocześnie dyskryminujemy dziewczyny, które mają doskonałe ciała? Przecież to one zbierają największe baty za to, że promują nierealne standardy, wymuskaną rzeczywistość. Nie bądźmy hipokrytkami. Skoro klaszczemy na widok kobiecych, nieogolonych pach, zdobądźmy się na równie gromki entuzjazm, widząc kobietę ze świetną sylwetką.

ZOBACZ TEŻ: Taylor Swift podjada przez sen

Mam wrażenie, że zapędziłyśmy się w tym godzeniu z własną cielesnością aż za daleko. Dziś już nikt nie jest otyły, wszyscy są plus size. Wątła sylwetka nie jest wcale pretekstem do pracy nad sobą, jest wyrazem samoakceptacji. Nie wiem jak Wy, ale ja takiego pojmowania ruchu body positive nie kupuję. Ani ostentacyjnego wyznawania miłości własnej fizyczności, wyrażonej w hasztagach #jestempiekna, #kochamswojecialo. Wydaje mi się, że jeśli naprawdę akceptujesz siebie i swoje ciało, nie czujesz najmniejszej potrzeby, by mówić o tym całemu światu. Bo kiedy piszesz w internecie, że wspaniale czujesz się sama ze sobą, to tak jak gdybyś musiała to publicznie przed sobą potwierdzić, przyklepać oficjalnie i przekonać wszystkich, że tak właśnie jest. Tylko po co? 

Trudne związki

Na koniec powiem Wam tylko, że ja od czasów nastoletnich mam kryzys z własnym nosem. No nijak nie jestem w stanie powiedzieć, że jest choćby w porządku, bo nie jest. Jest brzydki, za duży i żadni spece od coachingu ciała nie wmówią mi, że mam pokochać go miłością czystą. W tym życiu nie będę miała jednak innego, więc pozostaje nam po prostu nie wchodzić sobie w paradę…

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA
ZOBACZ RÓWNIEŻ Zamknij