Fight club - sporty walki zamiast zajęć w klubie fitness

Dziewczyny coraz liczniej przechodzą z klubów fitness na zajęcia sportów walki. Żeby przekonać się, co je tam ciągnie, jedna z redaktorek WH postanowiła wyjść poza swoją strefę komfortu i naruszyć osobistą przestrzeń przeciwników.

Sporty walki fot.shutterstock.com

Dawno już minęły czasy, gdy dla formy poświęcałyśmy się na nudnym kardio i monotonnym podnoszeniu hantli – chcemy treningów, które nas porwą, zmęczą i nauczą nowych umiejętności. Stąd wzięła się rosnąca popularność zajęć inspirowanych sztukami walki – w klubach fitness, ale również w klubach i akademiach tylko im poświęconych. Sporty walki wychodzą z podziemia, stają się coraz bardziej dostępne, a ludzie widzą, że są świetnym sposobem na bycie w formie. Dla amatorów, którzy z każdych zajęć wynoszą nowe umiejętności i doskonalą je, to wyższy poziom motywacji. Opanowanie złożonych ruchów, które są wymagające fizycznie i mentalnie, daje dużo satysfakcji i radości. Sama regularnie odwiedzam siłownię, a combo HIIT i treningu siłowego trochę mi spowszedniało. Pomysł na wyzwanie, zamiast trenowania dla trenowania samego w sobie, wzbudził moje żywe zainteresowanie. Stronię od konfliktów (uciekanie od konfrontacji mogłabym traktować jako trening) i kusiło mnie, żeby sprawdzić, jak sobie poradzę. W interesie znalezienia swojego typu walecznego sportu postanowiłam spróbować czterech najpopularniejszych dyscyplin.

REKLAMA

Muay Thai

Jego tradycja sięga połowy XVIII wieku – muay thai z wojny birmańsko-syjamskiej trafiło do Twojej lokalnej siłowni. Pochodzenie dyscypliny nie zostało jednoznacznie potwierdzone, ale przyjmuje się, że wyewoluowało ze stylu walki wręcz i rytualnych metod treningowych tajskich wojowników. Przez lata sport ten bardzo się rozwinął, szczególnie w Tajlandii, gdzie stał się sportem narodowym, i stamtąd przewędrował na Zachód. Nazywany jest też tajskim boksem. Wykonywany poprawnie jest, jak ktoś to lirycznie powiedział, piękną symfonią na kopnięcia, uderzenia, kolana i łokcie – z płynnością i gracją.

Niestety, moje pierwsze spotkanie z muay thai nie miało żadnego związku z symfonią. Podeszłam onieśmielona do ringu w sali, gdzie sparowało się dwadzieścia kilka osób. Rytmiczne zderzenia rękawic i części ciała z tarczami praktycznie zagłuszały wytrwały hiphopowy soundtrack. Ta scena demonstrowała, dlaczego muay thai bywa określane sztuką ośmiu kończyn; w odróżnieniu od kick boxingu, gdzie dozwolone są tylko ciosy pięścią i kopnięcia, zawodnicy muay thai używają też łokci i kolan, by zdominować przeciwnika. Można także walczyć w klinczu, który polega na przytrzymywaniu oponenta, zwykle za szyję i ramiona, by skutecznie zadawać mu uderzenia. Podczas walki zbiera się punkty za skuteczne uderzenia, technikę i dominację, a wojownik z wyższą punktacją po 5 rundach wygrywa. O ile ktoś nie zostanie wcześniej znokautowany.

„Gotowa na ciężki trening?” – pyta mnie, przekrzykując ten hałas, zawodnik muay thai i instruktor David Tieu. Mam z trenerem sesję 1 na 1 i bardzo się cieszę, że nie zostałam rzucona prosto do ringu na zajęcia grupowe. „Oczywiście” – odpowiedziałam z pewnością, której wcale nie czułam. Zostałam poinstruowana co do prawidłowej postawy: lewa stopa przed prawą, stopy nieco szerzej niż biodra, a pięści na wysokości brwi. Podobnie jak w boksie, ale z biodrami ustawionymi tak, by móc balansować i mieć swobodę ruchu, wymierzając kopnięcia i uderzenia kolanami. Tieu zademonstrował podstawowe ciosy (prosty wymierzany moją lewą ręką i tzw. cross prawą), w końcu przeszedł do kolan i kopnięć, pokazując mi, jak zrotować tułów w kierunku ruchu, by dodać mocy każdemu uderzeniu. Po kilku minutach wymachiwania nie mogłam na tyle dobrze utrzymać równowagi, by się nie potykać po kopnięciach – założyłam rękawice (elastyczne, by umożliwić zwarcie). Podeszliśmy do worka i Tieu wydawał polecenia, a ja na zmianę zderzałam pięści i golenie z plandeką. Nie kopałam wystarczająco wysoko; powinnam celować w żebra przeciwnika (mniej więcej na wysokości moich, tyle że na worku), gdzie mogą wyrządzić prawdziwą krzywdę, ale by to zrobić, musiałabym naciągnąć sobie pachwinę albo polecieć na plecy. Podczas treningu kilku zlanych potem zawodników wzywa Tieu, a ja mogę wypić łyk wody. „Dołączyła w tym miesiącu” – mówi, wskazując jedną z dziewczyn. „A ta właśnie zapisała się na pierwszą amatorską walkę” – wskazał inną, zmierzającą pod prysznic.

Londyńska sieć Gymbox ma w ofercie zajęcia muay thai od kilkunastu lat, w ostatnich zaś obserwuje spory wzrost zainteresowania tym sportem wśród kobiet. Koniec przerwy, wracamy do ringu. Tieu przypina sobie tarczę i powtarza mi ćwiczenia. Tym razem celuję w niego. „Słabo – stwierdza kategorycznie między uderzeniami. – Musisz być agresywna. Wyobraź sobie przeciwnika, swojego byłego chłopaka”. Frazes, ale skuteczny. Moje podudzie gładko obija się o tarczę, a adrenalina przeszywa ciało. Po raz pierwszy widzę uśmiech na twarzy Tieu. Po 60 minutach jestem spoconym wrakiem, a zegarek pokazuje 436 spalonych kilokalorii. Następnego dnia moje obolałe ciało potwierdza zaliczenie nowej aktywności. Tieu uspokaja mnie w SMS-ie, że pulsujące bólem piszczele to nic niezwykłego. To z pewnością był niezły trening, ale niestety mam wrażenie, że moja koordynacja ma limit czterech kończyn.

Boks

Jest pochmurny, środowy poranek, a ja stoję w ringu bokserskim naprzeciwko byłego mistrza świata, założyciela londyńskiej siłowni 12x3 Gym – Darrena Barkera. Przez jakiś czas chodziłam na zajęcia HIIT w stylu bokserskim, więc czuję się w miarę komfortowo w tej przestrzeni. Trenuje tu też fanatyczka boksu Ellie Goulding, jak mówi mi Barker, więc wiem, że jestem w dobrych rękach. Nie jest zaskoczeniem, że ten styl walki kochają celebryci: jeden trening daje benefity kardio, wzmacniania i mobilności. No i nie będę musiała dziś nikogo kopać w żebra. Znów zaczynamy od postawy. „Opanowanie tego jest kluczowe dla równowagi i mocy. Musisz być stabilna, żeby silnie uderzać, ale nie na tyle sztywna, żeby nie móc zrobić uniku” – mówi Barker. W tym celu stawiam niedominującą nogę z przodu, a stopy nieco węziej niż miałam na muay thai. „Nie ustawiając się do oponenta na wprost, zmniejszasz powierzchnię, w którą może trafić” – tłumaczy Barker.

Istotna jest też praca nóg. Musisz się zbliżać i oddalać tak szybko, by zadać cios i być poza zasięgiem przeciwnika, gdy ten będzie chciał się odwzajemnić. Barker pokazał mi, jak ruszać się do przodu, do tyłu, na bok i zmieniać kierunek – bardzo lekko, prowadząc nogą bliżej kierunku przemieszczania się i nigdy ich nie krzyżując. „Zawsze staraj się wracać do centrum, będąc w ringu – wyjaśniał. – Unikaj przyparcia do lin”. Owinął mi dłonie bandażami bokserskimi, by chronić moje nadgarstki, i podał parę rękawic, zanim sam wsunął tarczę. Chciał zobaczyć moje proste i takie tam, po czym przyznał, że jest pod wrażeniem. „Nie opuszczasz rąk z twarzy i wkładasz prawdziwą siłę w te ciosy” – zarażał mnie optymizmem. Pękałam z dumy. Przynajmniej coś wyniosłam z lekcji muay thai. Na koniec zostawił combo: serie ciosów („prosty, prosty, cross, lewy sierpowy”), które wymierzałam w niego, gdy on przemieszczał się po ringu, by mnie ominąć i jednocześnie zepchnąć. Koncentrowałam się tak, że osiągnęłam niemal stan medytacji, łomoczące serce i obolałe ręce poczułam dopiero, gdy ogłosił zakończenie treningu. Ponad 420 kilokalorii, tętno maksymalne 186. Nieźle.

Kiedy Barker otwierał tę siłownię 4 lata temu, 40% uczestniczek zajęć stanowiły kobiety. Jak przyznaje, większość przyszła ze strefy kardio i treningów wytrzymałościowych, ale wciąż rośnie liczba zainteresowanych rywalizacją. „Daj sobie sześć miesięcy – dodaje z szerokim uśmiechem. – Może mniej. I będziesz gotowa na amatorski pojedynek”. Może to jego pochwały, a może tak bardzo podobał mi się ten trening, że przed wyjściem umówiłam się na drugą rundę.

SPRAWDŹ: Walcz o swoje [historia Joanny Jędrzejczyk]

REKLAMA

REKLAMA

Jiu-jitsu

Dwóch mężczyzn kotłuje się na podłodze tak, że ktoś mógłby to wziąć za nieco nerwowy namiętny uścisk, gdyby nie fakt, że znajdują się w studio jiu-jitsu. Nie podnoszą wzroku, gdy posiadacz czarnego pasa brazylijskiego jiu-jitsu Alex Slater wprowadza mnie do przeszklonej sali. Wchodząc, kłania się i zwraca się do mnie, oczekując, że zrobię to samo. „Zawsze zaczynam zajęcia w ten sposób – wyjaśnia. – To część tradycji tej dyscypliny”. To styl walki, który był praktykowany przez japońskich samurajów i ma długą tradycję. Na początku XX wieku kilku prominentnych mistrzów sztuk walki przeniosło go na Zachód, do Brazylii, gdzie wyewoluował w prostszą formę, bardziej powszechnie dziś praktykowaną – wyjaśnił mi Slater podczas rozgrzewkowego streczingu. W odróżnieniu od wersji znanej samurajom, brazylijskie jiu-jitsu nie zawiera uderzeń w przeciwnika. „Piękno jiu-jitsu polega na tym, że nie chodzi o bycie większym i silniejszym od przeciwnika – mówi. – To dźwignie, technika i umiejętności, dlatego bywa nazywane ludzkimi szachami”. Jiu-jitsu było ostatnią linią obrony dla samurajskich wojowników, którzy byli zrzuceni z konia i rozbrojeni. W ich ciężkich zbrojach wymierzanie prostych i sierpowych nie wchodziło w grę, więc pozostawał grappling – walka na chwyty jako bardziej efektywny sposób zmierzenia się z wrogiem. W tych pojedynkach zwycięzcą był ostatni, który wciąż oddychał.

We współczesnym brazylijskim jiu-jitsu można wygrać, gromadząc punkty za utrzymanie punktowanych pozycji lub kiedy przeciwnik się podda. Ja niemal godzinę treningu spędziłam na podłodze. Slater uczył mnie kontroli gardy, czyli głównie wykorzystywania moich kończyn, aby utrzymać przeciwnika na odległość ramion. Jak wyjaśnia, leżąc na ziemi, trzeba trzymać go na dystans, zginając nogi do 90° i umieszczając stopy na jego biodrach. Pokazał mi ruch – jak „krewetka”, w którym przetaczasz się na bok niczym skorupiak. Chociaż wydaje mi się to zabawne, jest przydatnym sposobem ucieczki, gdy przeciwnikowi uda się przejść Twoją gardę, i jest jednym z fundamentów tego sportu. Slater pokazał mi też techniki podnoszenia się z podłogi bez opuszczenia gardy. Poznałam też, czym jest kimura (mój osobisty faworyt), który, prawidłowo wykonany, potrafi złamać rękę. Slater zapewnia, że w trakcie pojedynku to nie zajdzie tak daleko, bo, miejmy nadzieję, przeciwnik zdąży odklepać, zanim zagrozisz jego kościom. Spośród wszystkich sztuk walki, których próbowałam, ta wydaje się najbardziej użyteczna w przypadku samoobrony. „To zależy – mówi Slater. – Te techniki są świetne, by obronić się przed kimś większym i silniejszym, ale tylko jeśli przez praktykę i nabranie wprawy staną się instynktowne. Wychodząc stąd teraz, nie będziesz w stanie kogoś powalić”.

Małe ostrzeżenie: jeżeli kontakt fizyczny z nieznajomymi sprawia, że czujesz się niekomfortowo, to nie są zajęcia dla Ciebie. W pewnym momencie leżałam na plecach z nogami splecionymi wokół talii trenera, próbując uniemożliwić mu przyparcie mnie do podłogi. O dziwo, nie myślałam o tym w ogóle – doszło to do mnie dopiero po fakcie. Ruchy są niesłychanie techniczne i wymagają tyle samo koncentracji, co wysiłku fizycznego. Byłam pochłonięta tym, w którą stronę skręcić tułów i jak ułożyć ręce, żeby stało się to niekomfortowe. Moje tętno nie skoczyło do poziomu, jaki osiągnęłam na boksie i muay thai (wg monitora spaliłam 287 kcal), ale wychodziłam z sali, czując się jak po mocnej sesji siłowej na górne partie. Slater nie jest jakoś potężnie zbudowany, ale siła, jakiej musiałam użyć, by go blokować, była porównywalna do treningu siłowego. Oprócz wzmacniania, sesje brazylijskiego jiu-jitsu doskonale poprawiają balans, koordynację i mobilność. Jeszcze nie zdecydowałam, czy wrócę, ale Slater widzi przekonujące przesłanki do mojej przyszłej kariery mistrzyni jiu-jitsu i słusznie zauważa, że spośród wszystkich wypróbowanych przeze mnie stylów walki w tym jednym nie zarobię w twarz. Argument nie do przecenienia.

MMA

Przywołuje to we mnie obraz napakowanych, zalanych krwią gości z rykiem rozdzierających się na kawałki w metalowej klatce, więc nie muszę mówić, że mieszane sztuki walki (MMA) to coś, czego bałam się najbardziej. Schodząc po schodach imponującej przestrzeni podziemia w London’s Fight City Gym, czułam, że mój doskonale skomponowany zestaw ciuchów z Lululemon nie jest jedynym powodem, dla którego czuję się nie na miejscu. Tu i ówdzie worki podwieszone do sufitu, ring bokserski w jednym rogu, inny zdominowała strefa ciężarów. I klatka u stóp schodów. Ale trener Fight City Gym i zawodnik MMA Wendle „Kojo” Lewis z pewnością nie jest tym, czego się spodziewałam. Szczęśliwie nie ma śliwy pod okiem ani brakującego zęba, a jego łagodny sposób bycia mnie uspokaja. „Ludzie nie rozumieją, o co chodzi z tą klatką” – mówi, pokazując w jej stronę. Podłoga wewnątrz jest wyłożona cienką matą, a ściany są z cienkiej siatki, a nie stalowych prętów, jakie sobie wyobrażałam. „Zabezpiecza fighterów przez wypadnięciem i wyrządzeniem sobie większej krzywdy, co mogłoby się zdarzyć, gdyby walczyli w ringu bokserskim. MMA to coś więcej niż butalny sposób na zainteresowanie publiczności, który widać w sieci” – wyjaśnia mi Lewis.

Jego korzenie sięgają starożytnych igrzysk olimpijskich i dyscypliny zwanej pankrationem (z greckiego „pan” i „kratos”, czyli całkowita siła). Jak sugeruje nazwa, wszystko szło w ruch, a jedyne zasady obejmowały zakaz gryzienia i wydłubywania oczu. Niezwykle uspokajające! Dzisiejsze MMA nie różni się znacznie, zakazując jedynie walenia głową czy wkładania palców w otwory fizjologiczne. Zawodnicy czerpią technikę i taktykę z wielu sztuk walki, jak boks, karate i wrestling. W wielu przypadkach kończy się to poddaniem lub nokautem. My zaczęliśmy od ogólnej rozgrzewki z rozciąganiem, a potem Lewis przeprowadził mnie przez podstawy. Postawa podobna jak w muay thai, ale zostałam poinstruowana, żeby nieco obniżyć pięści i stopy ustawić trochę bliżej siebie. Pokazał mi, jak wyprowadzać ciosy, kopnięcia, kolana i łokcie – obyło się bez rękawic, ale zawodnicy MMA walczą w rękawicach chwytnych, bez palców.

PRZECZYTAJ KONIECZNIE: Joanna Jędrzejczyk: Mój nowy szczyt

Nauczyłam się, że ten sport nie polega tylko na uderzeniach i, jak zapewnił Lewis, żeby doświadczyć prawdziwego MMA, muszę nauszyć się grappIingu, czyli sprowadzenia przeciwnika do parteru. Lewis pokazał mi, jak powalić go na ziemię. Po kilku spartaczonych próbach i przeprosinach w końcu załapałam. To totalnie inne od poprzednich treningowe doświadczenie: obracam się w wielu dziwnych kierunkach i korzystam z wielu grup mięśniowych, aby wykonać jeden ruch. Tylko 30 minut, a moje ręce i mięśnie skośne już protestują. Lewis upiera się, że nie traktował mnie pobłażliwie. Wiem, że pewnie kantuje, ale sama myśl, że mogłabym powalić dorosłego faceta na podłogę, sprawia, że czuję się cholernie dobrze.

Nie ma wątpliwości, że MMA jest sportem zdominowanym przez mężczyzn, ale świetne zawodniczki robią wiele, by ten trend się zmienił. „Kobiety szybciej łapią podstawy niż mężczyźni – mówi mi trener. – Są z natury bardziej gibkie i skupione na precyzji i technice, a faceci mają tendencję do polegania na zwierzęcej sile”. Zegarek pokazał mi minus 350 kilokalorii, a mięśnie rąk i pleców pamiętały o tej sesji jeszcze przez kilka dni. Świetny trening, bez wątpienia, ale nie jestem pewna, czy to rzucanie na matę to mój klimat. Wrócę więc do boksu.

ZOBACZ TEŻ: Forma od dołu do góry - ćwiczenia na nogi i pośladki

Zobacz również:
Nie odpuszczaj i trzymaj formę również zimą. Ujemną temperaturę i śnieg potraktuj jak okazję do urozmaicenia codziennych treningów. Nie jeździłaś nigdy na nartach ani snowboardzie? Spróbuj! Wcale nie jest za późno. Jeśli dopiero zaczynasz swoją przygodę ze sportami zimowymi, przeczytaj i sprawdź, który z nich będzie dla Ciebie najlepszy.
ZOBACZ WIĘCEJ

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ
REKLAMA